Kroniki -podstawa klimatu lav

Wątek w temacie: Anima Solidus

Wyniki od 1 do 20. Przejdź do strony: 1 2
Post #1, autor: jedidia
napisany: 27. października 2007, sobota, 17:50
awatar
Nowa Era Jedi



27 października, Anno Domini 1007.

Pan nasz Jedidia postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Jak dotychczas przez swe wierne sługi -Ryszarda Lwie Serce, Theodreda, Maletza Szarego i innych, których misja jeszcze nie dobiegła końca, Jedidia baczył by Jasna Strona mocy zwyciężała zamysły Ciemnej Strony.

Niestety- stykając się złem na co dzień emisariusze Jedi nie uchronili przesłania od zafałszowania. Darc Side ma wszędzie swoich szpiegów i walka rozgrywa sie na każdym poziomie-nawet wewnątrz Jedi.

Wojna stała sie chlebem Jedi do tego stopnia ze ja pokochano. Stracono z widzenia główny cel misji-służenie tym, nad którymi powierzono nam opiekę.

Siły Darc Side sa potężne i konfrontacja jest nieunikniona. Niemniej Jedi będą ostatnimi którzy wyciągną miecz z pochwy.

Wierzymy w ludzi-wierzymy że są w stanie zrozumieć jaka powinna być ich właściwa Strona Mocy.

Dnia 27 października, Anno Domini 1007 Pan nasz nazywający siebie Sługą Ludu- Jedidia przybył do krainy Animus Solidus zakładając nowy przyczółek Zakonu Rycerzy Jedi. Nazwano go Syjon-ku chwale bohaterów Macelariusa. Dowództwo nad zastępami Wojowników Światła przejął Nimrod Wielki Łowca- wojownik Jedi III stopnia.

Era Światła rozpoczęta!
Siła i Honor!

Pisane ręką Mistrza Yody.



Przygotowane pod panowaniem władcy: Jedidia.
sobota, 27 października, 1007

Post #2, autor: Czarny
napisany: 30. października 2007, wtorek, 18:43
zmieniany przez autora, 30. października 2007, 18:47
awatar
-Woda i woda - Santana zeskoczył z drzewa i wytarł ręce w czarny kubrak. - Gówno jakieś!
-Panie - kartograf Ksavras Wyżryn garbił się, próbując utrzymać pęk wielkich rulonów pergaminu i jednocześnie złożyć ukłon swemu księciu. - To nanosić czy nie nanosić?
-A na kogo, jucho podła, chcesz donosić? - spytał Santana. Grupa żołnierzy stojących nieopodal zarechotała głośno, ale szybko umilkła, kuląc się pod spojrzeniem władcy. Wtedy dopiero Czarny Santana pozwolił sobie na uśmiech. Był to bowiem żart.
- Żartowałem, uczony mężu, racz wybaczyć -drwił dalej Czarny. -Oczywiście, na nasze mapy warto nanieść wszystkie punkty charakterystyczne, które pozwolą naszym patrolom lepiej orientować się w terenie. Takie punkty, jak na przykład: las, woda, las, woda, las! LAS! LAAAS!!!!
Ostatnie słowo przeszło w pełen wściekłości ryk, na dźwięk którego wszyscy mieszkańcy Przylądka Dobrej Nadziei, małej osady w środku wielkiego lasu, struchleli. Szybko jednak otrząsnęli się i zajęli tym, czym mieli się akurat zajmować, bowiem książę Irrehare nie tolerował bezrobotnych.
-A co ty chcesz nanosić, idioto? W tym idiotycznym lesie, hę? Kupę sarny?
Jeden z żołnierzy parsknął cicho, ale umilkł, otrzymawszy mukę od swego sierżanta, i zaczął jeszcze gorliwiej nacierać cięciwę łojem. Santana nawet nie spojrzał w jego kierunku:
-Od dziś nie będziesz rysował żadnych map, tylko zajmiesz się... nie wiem... czymś pożytecznym... nie wiem... zbieraniem grzybów. I GóWNO MNIE OBCHODZI żE JESIEń JUż SIę KOńCZY!!!
-Jak rozkażesz, Panie - kartograf znów się zgarbił i wycofał niezgrabnie do swojej chatynki, na której drzwiach chybotała się deszczułka z napisem "Kancelaria".
-Debil. Przez niego to wszystko - Czarny Santana patrzył ponurym okiem na domostwa Przylądku Dobrej Nadziei i przeklinał się w myślach za to, że dał się namówić na cały ten cyrk z władaniem tutaj... A może zrezygnować z posady i udać się na inną wyspę? Gdzieś niedaleko podobno jakiegoś księciunia, albo i dwóch, na taczkach wywieźli i wakat powstał. Za niedobre sprawowanie... - mówią. Ha! Sprawowanie niedobre, ale sława rośnie na cesarskim dworze. I księżniczek pewnie więcej chętnych do zaślubin. No to może faktycznie tam się przenieść, może jeszcze jakaś księżniczka została..?
A jak tam też same lasy?


Przygotowane pod panowaniem władcy: Czarny Santana
poniedziałek, 29 października, 1007

Post #3, autor: jedidia
napisany: 30. października 2007, wtorek, 18:47
zmieniany przez autora, 2. listopada 2007, 06:26
awatar
Dobre Czarny:)

Ty powaznie z tym rezygnowanie? Szkoda by było-nie pękaj.

Jak tam u was pisanie ksiag? Ja już mam 4 i postanowiłem pisać na bieżąco:)

Post #4, autor: Czarny
napisany: 7. listopada 2007, środa, 13:34
awatar
-Lasy i lasy - Czarny Santana zeskoczył z drzewa i wytarł ręce w czarny kubrak (skórzany). -Hej, panie Ksawras, migiem mi, ropusza odbytnico!
Z pobliskiego budynku dał się słyszeć rechot żołnierzy, którzy schronili się tu przed deszczem, ale szybko się skończył. Być może w wyniku paru głuchych uderzeń, będących jego następstwem.
Ksawras Wyżryn, cały w ukłonach i w wielkiej pelerynie z kapturem stanął przed księciem. - Wzywałeś, Panie...
- Przecież wiem, że cię wzywałem, nie musisz mnie o tym informować! - Czarny Santana był zły. -Zdawaj sprawę.
- Więc napotkany człek z innego był księstwa, niż nasze (księże wzniósł oczy ku niebu), ale nie wiemy jeszcze - jakiego?
- Tak. Czy wiesz, dlaczego te brudne kubraki przed chwilą przestały się tak szybko śmiać? Bo ich sierżant powiadomił, że jak nie przestaną, to JA mogę się tam pojawić i znowu przegonić ich po deszczu. Chcesz, żebym ciebie przegonił? Chcesz, żebym ci kazał biec teraz na zachód tak długo, aż stukniesz nosem w palisadę jakiejś wioski tego księstwa?
Nos Ksawrasa wystający spod kaptura nerwowo miotał się na lewo i prawo, więc Santana ciągnął dalej:
- To skoro nie chcesz, to mi, do jasnego szlaka, odpowiadaj dobrze na pytanie. Skoro pytam o wieści, mam na myśli nowe wieści. Nowe! Słyszysz? Nowe!!!
- Nie ma nowych, Panie.


-Zamknijcie japy, bo tu przyjdzie i znowu nam karze ćwiczyć w deszczu - mruczał barczysty sierżant Daniel i rozmasowywał nerwowo prawy knykieć. -Zrozumiano?
Żołnierze ponuro skinęli głowami, wszyscy. Także ten, który próbował zahamować krwawienie z nosa. Daniel przyjął skręta, podsuniętego mu przez poborowego Nadzieja i zaciągnął się.
-No. To palimy dalej.


-Nie ma nowych wieści. Tak? świetnie. A wielmożny zaginiony regiment się odezwał?
-Nie, panie. Wczorajsza burza uniemożliwia wszelkie kontakty, a ponieważ posłańcy zbyt często gubili drogę, zakazałeś na czas jakiś wysyłania kolejnych..
-Tak. To też wiem. To też wiem, ponieważ to właśnie ja kazałem! Nie rozumiesz tego? Nie rozumiesz, że pamiętam rozkazy, które wydaję?! Nie rozumiesz...
W tym momencie główna brama osady, zwana przez mieszkańców "Odejściem" otworzyła się lekko i weszła przez nią wysoka, energiczna postać. Przybysz ów, odziany w brunatną pelerynę z kapturem, zamocowany miał na plecach kij z kawałkiem bandaża, który miał symbolizować białą flagę. Bandaż jednak zmókł i zszarzał, owijając się dodatkowo wokół patyka, wyglądał więc duży łuk angielski, przewieszony przez plecy.
Jeden ze strażników "Odejścia", chcąc najwyraźniej zrehabilitować się za przepuszczenie przez bramę obcego, podbiegł do niego i solidnym, choć nieuczciwym zamachem maczugi zdzielił w zakapturzony łeb.
-Od tyłu się nie bije - powiedział książę podchodząc do leżącej postaci. -Zrozumiano?
-Tak jest! Ku chwale ojczyzny!
-No. Wypłacić żołnierzowi trzy miedziaki za wzorową służbę - Santana skinął na Ksawrasa, który podbiegł do leżącego i wyciągnął mu z rąk przemoczony pergamin.


-Słyszeliście? Coś się dzieje!
-Tak, ja też słyszałem.
-Ja też...
-Cicho - Daniel uniósł dłoń z niedopałkiem. -Nadziej! Skocz zobaczyć, co jest grane.


"Księciu Czarnemu Santanie, do rąk własnych, pozdrowienia.
W pierwszych słowach mojego listu pragnę wyrazić radość z faktu, iż mam zaszczyt nawiązać kontakt z Wielkim Księstwem Irrehare. Mając nadzieję, że stosunki nasze przykładem pokoju i współpracy stać się mogą, wyrazić pragnę ubolewanie z powodu przykrego incydentu, który niedawno, obok Czterech Dębów, miał miejsce. Otóż grupa zamaskowanych wojowników napadła i spustoszyła podczas gradobicia malutką osadę Bukowiny. Jej mieszkańcy, ludzie pokojowo nastawieni, uprowadzeni zostali w niewiadomym ... "
-Sru tu tutu, nie ma drutu, he he - Czarny Santana przeglądnął pobieżnie resztę listu, po czym zgniótł go i rzucił z widoczną przyjemnością w błoto. -DANIEL!!! Zbieraj ludzi!!!


Grupa zamaskowanych żołnierzy szła przez deszczowy las. Poruszali się bardzo wolno, ponieważ ciągnęli ze sobą garstkę chłopów, pobijanych i związanych długim sznurem.
-A może to byli przyjaciele, kapralu Klemensie? - pytał ich przywódcę jeden z żołnierzy. - Może należało ich zostawić w pokoju?
-Może i przyjaciele byli. Ale nie będzie ten gnój jaśnie sierżancina Daniel grzał dupska w osadzie, jak my tu po lasach się włóczymy. A tak, to na bank Santek go w sukurs wyśle, jak już się dowie, co zaszło. Zwalimy wszystko na deszcz i brak rozkazów. Powiemy, że nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy i w ogóle. A kto niby się domyśli, że kłamiemy? Czaisz?
-Świetny pomysł, kapralu Klemensie - odpowiedział ten sam żołnierz. - Ale czemu idziemy w drugą stronę?

Przygotowane pod panowaniem władcy: Czarny Santana
środa, 7 listopada, 1007

Post #5, autor: jacek_
napisany: 8. listopada 2007, czwartek, 18:38
zmieniany przez autora, 8. listopada 2007, 19:09
awatar
Jeździec wracał powoli, ledwo trzymając się na koniu. Koń wyglądał trochę lepiej, ale niewiele. Siedzący przy ognisku żołnierze patrzyli, jak ich towarzysz powoli dociera do prowizorycznego obozu. Po chwili dwóch wstało, jeden zajął się zmęczonym wierzchowcem, drugi patrzącym niezbyt przytomnym wzrokiem człowiekiem.
***
Po paru minutach dowódcy udało się poskładać z opowieści poturbowanego podwładnego obraz sytuacji. Nie był on zbyt wesoły.
Konny oddział pojechał na wschód wbrew rozkazom księcia, którego nie ciekawiła ta okolica. Zresztą jego niezbyt ciekawiło ostatnio cokolwiek, wszystko w kraju działało głównie z przyzwyczajenia. Ludzie nawet byli z tego zadowoleni - lepsze to niż dziwne decyzje jakie książe podjął ponad tydzień temu. Narodowi, który od zawsze dumny był z pięknych i silnych rumaków, które oswoili przed wiekami, nakazał rozebrać stajnię. Piękny budynek, praca w którym była marzeniem każdego, legł w gruzach. Teraz pewnie książę nie sprzeciwiłby się odbudowie - ale nie było już z czego. Jedyne co pozostało to mały oddziałek jazdy, dziesięciu konnych dowodzonych przez Svena Ponurego.
***
Konni ci, zamiast w siodłach, czas swój spędzali w tawernie stołecznego miasta Cek. Nudzili się tam niepomiernie. Dlatego gdy Sven Ponury z podejrzanym błyskiem w oczach wszedł do budynku, sklął ich wszystkich a dwóch nawet trochę poobijał, po czym nakazał do wyruszenia się szykować, wszyscy natychmiast wstali i wybiegli w stronę kwater. Szybko byli gotowi, zebrali się tedy przy koniach, ciekawi, co Sven im powie i gdzie wyruszają. Dowódca wszedł do stajni, za nim szło dwóch pachołków obciążonych uzbrojeniem.
- Znaleźna broń, są tam cztery topory, trzy miecze i dwie włócznie. Podzielicie się tym zaraz, ale najpierw słuchajcie. Zwiadowcy byli już na północy i zachodzie - znaleźli tam morze i żyzne ziemie które zasiedlimy na chwałę księcia de Cek. Byli na południu, znaleźli tam bagna nieprzebyte, gdzie zbóje siedzą. Została tylko jedna możliwość. Mamy tam wprawdzie już jedną małą osadę, ale musimy pójść dalej, sprawdzić czy kogoś znajdziemy. Zrozumieliście?
Żołnierze nie sprawiali takiego wrażenia. Sven stwierdził, że musi wyrazić się jasno:
- Idziemy na wschód. Tam gdzieś musi być cywilizacja!
***
Cywilizację znaleźli szybko. Szybciej niż się spodziewali.
Cywilizacja przybrała formę dymiących zgliszczy. Zgliszczy Ciemnej Poręby, niewielkiej osady, założonej w zagajniku pośród bezkresnych stepów. Mieszkańcy jej trudnili się obalaniem stuletnich drzew. Na szczęście jeden z nich nauczył się też na te drzewa wchodzić, dzięki czemu żył, gdy wojacy dojechali do osady. Opowiedział dziwną historię...
***
- Nadeszli wieczorem, od strony Czterech Dębów. Trzech właściwie, panie, bo jeden z naszych drwali ostatnio popił za dużo i założył się z drugim, że dęby owe powali. Jednego rzeczywiście ściąć zdołał, lecz tak był z wyczynu swego dumny, że zapomniał odskoczyć, i przygniotło drzewo głupiego pijaka, zawsze mu...
- Gadajże do rzeczy, kmiocie, nie możemy tu siedzieć do jutra!
- Tak, panie. Nadeszli, krzyknęli do nas "Coście za jedni?". My uradziliśmy, że trzeba ich upić i pijanych w lochu zawrzeć, obrabowawszy wprzódy. Więc młodzik jeden, co miał głos donośny, zawołał "Zapraszamy na wieczerzę, mamy dużo wina" Odkrzyknęli "Bukowina?" to my mówiliśmy, że źle słyszą, że na wino zapraszamy, a nie bukowe orzeszki, ale oni już się z gniewu zagotowali, zupełnie nie wiedzieliśmy czemu, widać w nich było straszną nienawiść, taką co nawet koniec świata może przetrwać. Rzucili się na nas i bez problemu pobili, nawet bronić się za bardzo nie zdążyliśmy. Ja na szczęście chwilę przedtem musiałem pójść do lasu za potrzebą, to szybko na drzewo się wspiąłem i tak pozostałem wolny. Wszystkich innych porwały w niewolę te sucze syny, ścigajcie ich, dobrzy żołnierze, konie macie, może jeszcze ich dopadniecie gdzieś na stepie.
***
Pojechali. Zwartą grupą, rozglądając się uważnie. Nie widzieli nic podejrzanego. Aż do wieczora dnia następnego.
Na horyzoncie pojawiło się coś, czego nie widzieli jeszcze nigdy. Ciemny, równy pas. Zwolnili, w końcu Sven rozkazał rozbić obóz i wysłał jednego żołnierza na zwiady.
***
Ten właśnie żołnierz wracał poturbowany do oddziału. Okazało się, że ciemny pas jest puszczą, tak wielką, że w jej istnienie ciężko było uwierzyć jeźdźcom wychowanym na stepie. Stamtąd musieli wyjść ci, którzy spalili Ciemną Porębę. Stamtąd też wychodziła zwierzyna w ogromnej ilości - w tym stado dzików które przeraziło konia zwiadowcy, co źle się dla żołnierza skończyło.
***
"Nie wiem co napotkamy w tym lesie, ale trzeba tam wejść. Mam żołnierzy, którzy wystarczą do zwiadu. Wroga się nie boję - nawet w lesie konno pieszym uciekniemy. Jednak jeśli będzie to coś więcej niż tylko banda zbójów, będę potrzebował pomocy. Książę mi jej nie dostarczy - nie zajmuje się przecież teraz niczym. Ufam że Ty, żołnierz jako i ja, nie zapomniałeś co czynić należy. O wszystkim, czego się dowiem, będę Cię informował. Czekam na Twoich ludzi. Sven".
***
Przygotowane pod panowaniem władcy: J.A. de Cek
czwartek, 8 listopada, 1007

Post #6, autor: Czarny
napisany: 11. listopada 2007, niedziela, 11:04
zmieniany przez autora, 11. listopada 2007, 11:18
awatar
Wielka burza, która trwała, z przerwami na krótki oddech niemal dwa dni, skończyła się wreszcie. Zaskoczyło to drwali Przylądka Dobrej Nadziei, liczących na... nie wiadomo..., na to że się nie skończy. Z niewyraźnymi twarzami wychodzili ze swoich domów, bez przekonania trzymając w dłoniach siekiery i kierując się na wyrąbisko.
-Coś niewyraźnie dziś wyglądasz, ty, jak ci tam..? - Książe Santana, czujny jak zwykle, stał przy "Odejściu" i liczył wychodzących.
-Kranaran Dwa Łososie -odpowiedział pytany.
-Właśnie. I co, popiło się wczoraj, tak? - Książe miał dziś humor trochę lepszy niż zwykle.
-To znaczy... ze szwagrem my... we dwóch, bo no, ten... - drwal czuł się na tyle źle, że nawet nie wpadł na to, by przestraszyć się nagłym zainteresowaniem księcia.
-Tak. To świetnie. Takich ludzi mi trza. To znaczy: trzeba. Siekierą sprawnie, widzę, władasz, rozgarnięty też jesteś -w tym miejscu władca lekko splunął. -I, w związku z tym, mianuję cię moim kapralem.
Obolały drwal kiwał posłusznie głową. Słowa dochodziły do niego z pewnym opóźnieniem.
-"Czarne Kubraki" wyszły w sprawie wagi państwowej. Wybierzesz sobie trzech ludzi spośród twych, to znaczy twoich, kamratów i będziecie pilnować porządku w stolicy...
Zgodnie z przewidywaniami Santany, Kranaran wytrzeźwiał momentalnie. Wyciągnął przed siebie głowę, otworzył szerzej oczy, na chwilę znieruchomiał, po czym zaniósł się straszliwym kaszlem.
-Panie... - zaczął i przerwał, dusząc się i tracąc pomysł na dalszy ciąg wypowiedzi.
-Panie proszą panów, he he, psia ich mać - książę uśmiechnął się i rozejrzał wokół. Po chwili przypomniał sobie, że żołnierze opuścili Przylądek i rechotu nie będzie. Wrócił więc wzrokiem do drwala i mruknął: - Czarny Santana mówi tak: Białe tango czas zacząć, he he.


-Sierżancie Danielu, sierżancie Danielu!
-Co jest?
-Zna pan ten kawał? Nadzieja matką głupców...
-I co?
-A Nadziej ojcem! He he he. He he he.
-Zawrzyj japę. Toruj drogę lepiej. Kiedy ten las się skończy w końcu?!



-Kakapralu Klemensie, kakapralu Klemensie!
-Co jest?
-Zyzna pan ten kawał? Czeczeczemu przez dwa dni padało w naszym borze?
-No czemu?
-BoboBorowi padał serwer. He he he. He he he.
-Zawrzyj japę. Doglądaj jeńców, bo się rozglądają.


Czarny Santana ponuro patrzył, jak świeżo mianowany kapral prowadzi ze sobą trzech drwali.
-Panie, a szwagra mogę wziąć do drużyny?
-Możesz, Dwa Łosie.
-Dwa Łososie, Panie...
-Nie poprawiaj mnie debilu. Jesteś impertynencki i masz durną nazwę, to znaczy nazwisko, że aż nie chce mi się patrzeć na ciebie- zdenerwowany władca wytarł ręce w czarny kubrak (skórzany).- Tak. Nie nadajesz się na kaprala, jak widzę. Ktoś inny nim zostanie. Dostąpi tego zaszczytu. Ty, jak się nazywasz?
Jeden z towarzyszy Kranarana rozejrzał się niepewnie.
-Tak, do ciebie mówię. Głuchy jesteś? To powtórzę. Jak się nazywasz?!
Zapytany rozejrzał się raz jeszcze, uklęknął i powiedział:
-Dwa Łososie, Panie. My rodzina...

Post #7, autor: jacek_
napisany: 15. listopada 2007, czwartek, 20:01
awatar
Las nie był taki zły. Po kilku dniach jeźdźcy nauczyli się zgrabnie uchylać przed zdradzieckimi gałęziami i potrafili poruszać się między drzewami niewiele wolniej niż na ojczystym stepie. Konie pozwalały im też sprawniej prowadzić zwiad. Poznali spory kawałek terenu, jednak nie natrafili na ślad po leśnych zbójach i uprowadzonych osadnikach.
Deszcz ustał, wszystko zaczynało wysychać, słońce coraz częściej wyglądało zza chmur i odbijało się w metalowych elementach uprzęży.
***
W poniedziałek wieczorem oddział zatrzymał się na małej polance. Na jej środku rósł ogromny dąb. Jeden z żołnierzy wspiął się po gałęziach jak po drabinie - drzewo świetnie się do tego nadawało. Wyjrzał z góry, po chwili zaklął szpetnie i prawie spadł. Na szczęście zdołał złapać się gałęzi i to uratowało go przed skręceniem karku. Szybko zszedł na dół.
- Co widziałeś? - spytał dowódca.
- Dym, panie. Ktoś obozuje tu niedaleko.
- Wy dwaj, idziecie ze mną, zobaczymy kto to. Reszta zostaje, wystawić warty ze wszystkich stron.
***
Tajemniczy nieznajomi wyglądali jakby właśnie obrabowali wytwórnię sznura. Posiadali ogromną ilość lin, powrozów i tym podobnego badziewia. Na szczęście nie musieli się trudzić transportem. Wszystkie liny były niesione przez związanych nimi jeńców.
- No, to znaleźliśmy porwanych osadników. Natychmiast wracaj do obozu, przed świtem zwińcie wszystko. O świcie chcę was tu mieć gotowych. Zobaczymy gdzie oni pójdą. Na szczęście widać, że w nocy nigdzie się nie ruszą.
Istotnie, obcy oddział zajmował się właśnie otwieraniem baryłki piwa. Nad ogniem piekł się dzik. Leśni zbóje na pewno spędzą tu całą noc i sporą część poranka.
***
Tak właśnie się stało. Prawie południe już było, gdy banda zebrała się. Wraz z popędzanymi bezlitośnie więźniami wyruszyli w drogę. Jednak nie w głąb lasu - szli na zachód.
- Za jakąś godzinkę, gdy będą mniej czujni, będzie można zaatakować. Narazie cicho za nimi.
Dziewięciu jeźdźców powoli ruszyło w ślad za pieszym oddziałem. Brakowało jednego - pojechał na zwiad w głąb lasu, sprawdzić czy to na pewno jedyna taka banda w okolicy.
***
- Panie, nie możemy atakować. Idzie następna banda, czarno to widzę.
- Czemu czarno?
- Bo oni wszystko czarne mają. Czarne kubraki, czarny zarost na gębach, nawet czarną flagę. Tak jak ci zbóje morscy, co daleko stąd, w porcie Bati mają siedzibę, ci co każdą osadę by spalili, tylko im łodzi brak i procederu swego uprawiać nie mogą, jeno cięgiem żłopią gorzałkę...
- Co ty mi za głupoty opowiadasz, piraci za morzem są, a nie w lesie. To zbóje zwyczajni są. Albo tamtych kamraci, albo nie. Co by nie było, nie będziemy atakować. Niech się spotkają i zobaczymy co się stanie. Idą w kierunku stepu, trzeba iść za nimi i czekać na wsparcie, które już z Cek wyruszyło.
***
A step był coraz bliżej. Wreszcie, w środę, oba oddziały ujrzały granicę lasu...

Przygotowane pod panowaniem władcy: J.A. de Cek
czwartek, 15 listopada, 1007

Post #8, autor: jedidia
napisany: 15. listopada 2007, czwartek, 22:24
awatar
ta kronika dobrze wpisuje sie w nową wizje Jedi- promowaną przez usłuznego Taiho:)

Odnowienie Królestwa.Incorporacja Serth i Makrencji



27 października, Anno Domini 1007

W dniu lokacji stołecznego grodu Syjon pan nasz wstąpił po 120 stopniach na plac swego nowego pałacu. Zbudowano go na wzgórzu w centrum Syjonu. Przed pałacem wystawiono tron, tak że zasiadłszy na nim Jedidia mógł obserwować całą okolicę okręgu Syjonu.

Oczom jego ukazały sie dwie małe osady-Makrencja na północy i Serth na południu.
-Cóż to za ludzie- spytał sie książę Nimroda- wodza drużyny.
-Panie to ludzie wolni. Nie podlegali dotychczas żadnemu władcy. Jednak widząc Twą potęgę wysłali swych starszych by złożyć Ci hołd. Oto Mumbarak -naczelnik Makrencji i Chudy John starszy Serth pragną złożyć Ci pokłon i proszą o głos.

Delegacje osad nisko skłoniły się przed stopniami schodów książęcych. Jedidia dał znak berłem zezwalając im na wejście na plac książęcy. Wieśniacy z ustami otwartymi z zachwytu wspinali sie po 120 stopniach obstawionych szpalerem wojowników z drużyny książęcej. Cały lud zebrał sie u podnóża pałacu by celebrować święto odnowienia Syjonu.

Gdy delegacje osiedli zbliżyły sie na 10 kroków od tronu księcia padły na twarz, oddając należne honory. Jedidia dał znowu znak berłem:
-Przemówcie!

-Panie Najjaśniejszy i Największy- Oby Twe spichrze zawsze pełne były, oby Twój miecz nigdy sie nie stępił i oby Twój pierwszy potomek był synem, a linia Twa panowała wiecznie.Racz wysłuchać błagania prostego ludu- Mumbarak wziął dłuższy oddech przechodząc do sedna-Przynosim dziś korne błagania. Oto my ludzie prości i biedni. Oddajem sie w Twą ochronę. dziś my Twe poddani- czyń z nami co uważasz za słuszne! -Po czym cała delegacja ponownie padła na twarz.

Pan Syjonu dał ponownie znak berłem pozwalając delegacji na powstanie.
-Przychylam się do Waszych próśb. Niniejszym ogłaszam incorporację Serth i Makrencji do terytorium Zakon Rycerzy Jedi! Stosowne rozporządzenia zostaną ogłoszone w ustawie nr I. Odejdźcie w pokoju!

Delegacja osad kłaniając sie kornie twarzą do księcia po woli oddaliła się od tronu. Dopiero po wejściu na schody odwróciła sie i dołączyła do zgromadzonego ludu.

Jedidia powstał z tronu. Cały lud padł na twarz.

- Bracia- oto nastał dziś dzień odnowienia Królestwa. Oto dziś Synowie Światła rozpoczynają swą misję!
- Siła i Honor!-zakrzyknął Nimrod.
-Siła i Honor odpowiedział zgromadzony lud.

Pisane ręką Mistrza Yody.



Przygotowane pod panowaniem władcy: Jedidia.
sobota, 27 października, 1007
Księstwo: Zakon Rycerzy Jedi

Post #9, autor: jedidia
napisany: 18. listopada 2007, niedziela, 20:23
awatar
Szósty kontakt- Cin



Anno Domino 1007 17 listopada

Stójkowy na granicy przeciągał sie beztrosko na zydlu co go wystawił przed mytem książęcym na granicy. Mizerna chalupina i kilka drągów w poprzek traktu to dumny posterunek Zakonu. Na pograniczu spokój- nawet obwiesie sie nie pojawiają...

Ale co to? Na trakcie ukazał sie jakis obdartus cisnący ile sił na zachód. Przerazenie jakies miał w oczach. Stójkowy chwycił swoja solidna osikową pałke i wybiegł na trakt. Zaczaił sie koło brzozy by dokonac swojego pierwszego aresztowania nielegalnego imigranata!

Biegacz wydawal sie nie zwracac uwagi na nic- nie zareagował na widok punktu myto- przeskoczył torujace droge dragi i ciśnie dalej. Nie zauważył stójkowego.

Stójkowy stanał na wysokosci zadania. Zgodnie z dyrektywami ksiecia w sprawie strategii " Stop przemocy" nie poczestował gościa strzałem z pałki w potylice[ jak to inni brutale maja w zwyczaju] ale kulturalnie podstawił mu nogę. barbazynca wykonął jedno z dłuzszych w historii swiata lądowań sunąc gębą po piasku traktu. Stójkowy atakujac z przewaga wysokosci wskoczył na niego jak hart i obwiazał mu rece i nogi powrozem.

Wieczorem jak zawsze przybył kurier i przejął więznia. Ksiaże kazał takie zdobycze odsyłac na zamek by osobiscie mógł ich przesłuchiwac.

****
Zamek na Syjonie.

-Panie- Barbarzynca kulił sie oniesmielony całym przepychem dworu. -Panie- na Wschodzie koniec swiata!Człowiek juz sobie spokojnie pograbic nie moze. Młodzieniec jeden cesarzem się obwoławszy wziął za morde wszytkie plemiona Chincyków i twarde prawo wprowadził. A dla obrony buduje Wielki Mur coby chronic granice i interesa nam bidnym frajamenom psuć.

Ciekawe -pomyślał Ksiaże- taki Mur to jednak cos. Ruchem reki kazał "w nagrodę" wysłac Barbarzynce do pracy do kamieniołomów. Zlecił Yodzie by szybko kontakt nawiazał z tym przeciekawym księstwem. A sam...Sam zaczął cos testowac.

Przekupki od rana jakos nie mogły sie skupic. Nawet buraki na gieldzie jakos wolniej schodziły a kury jajek niesc nie chciały. Kazdy kto jeno miał ślipia obserwował co tez ten ksiąze wyprawia. Ano nazbierał sobie na rynku cegieł i zaprawiajac to glina i błotem poczał budowac.

Cegła na cegle i "pnie sie mur do góry"... Tak po całym dniu stała już osobista budowla Księcią! 2 metry długosci metr wysokosci! Ksiaze z dumą patrzył na swe dzieło a lud prosty ze zdziwienia przez nastepny tydzien japy nie potrafił domknąć .

Ksiaze zadowolony strzepał rece i odwórcił by wrócic na zamek. Wtedy jak w znanej piesni[ "a mury runą, mury runą"] z głosnym łoskotem zawaliła sie ksiązeca konstrukcja.

Trza nam ekspertów i rak do pracy- duzooo!- pomyślał niezrażony kraksą Jedidia.

-Yoda- zakrzyknał do doradcy- jak tam idzie werbowanie nowych dziewic na moje zony? Trza mi rak do pracy!

-Panie- Yoda przybiegł skonfudowany do Ksiecia- rekrutacja wciaz trwa. Obecnie mamy juz 30 dziewic, czesc kobiet musielismy odeslac z kwitkiem ano szpetne były lubo juz nie- dziwice.

- Aaa- Yodo- widze ze trza nam edukacji wiekszej. Lud ciemny i jak zwierzeta spółkują po stodołach. I dziewic brakuje!!!! Jak to moze byc! Wydac edykt ze jak ktos zostanie na sromocie zlapan- wychłostac obu i do kaplana zaciagnąc. Niech ich zwiazek poświeci by łoze furczało legalnie na chwałę ksiestwa!

-Aaa- jak tam kontakt z Cin?-przypomniał sobie Książe.

- Zrobione Panie-odpowiedział czcigodny mędrzec ciagle nie potrafiąc przełknąć metod księcia.- Bizantyjski car nam sie odwdzięczył i dostarczono nam listy od pierwszego Cesarza Chin.

Dobrze. Bardzo dobrze. Mamy szósty kontakt!- pochwalił Jedidia...

Spisane ręką Mistrza Yody.



Przygotowane pod panowaniem władcy: Jedidia.
niedziela, 18 listopada, 1007
Księstwo: Zakon Rycerzy Jedi

Post #10, autor: Aguirre
napisany: 21. listopada 2007, środa, 10:08
awatar
[9]ciekawa i zajmująca:)

Post #11, autor: jedidia
napisany: 21. listopada 2007, środa, 14:21
zmieniany przez autora, 21. listopada 2007, 14:29
awatar
ee- ja mysle ze - Twórca geniuszem:)

Post #12, autor: Czarny
napisany: 21. listopada 2007, środa, 14:25
awatar
Wiemy Jedi, że tak myślisz :P

Post #13, autor: Gwynbleidd
napisany: 21. listopada 2007, środa, 14:27
brak awatara
Widać jak nic z kim jest Moc :)

Post #14, autor: Czarny
napisany: 24. listopada 2007, sobota, 18:38
zmieniany przez autora, 24. listopada 2007, 19:12
awatar
- Co to jest?- zapytał człowiek.
-To jest brak drzewa- odpowiedział drugi.
Po chwili do dwójki zwiadowców dołączyli pozostali członkowi oddziału i wraz z nią ciekawie spoglądali na zachód.
Las się kończył. Równina, jak okiem sięgnąć, wyłożona pożółkłą trawą, układająca się "na lewo". Gdzieniegdzie samotne, słabe drzewka, gnące się pod naporem ostrego wiatru. Jakieś krzaki, tu i ówdzie, to znów drobne skałki, rozrzucone na zasadzie całkowitej i dobrowolnej losowości. Żołnierze przecierali ze zdumienia oczy. Trudno uwierzyć, że takie miejsce można znaleźć na ziemi.
-Wracamy - powiedział kapral Klemens.

-Co to jest? - zapytał człowiek.
-Łąka przecie. Ślepyś? -odpowiedział sierżant Daniel.
-Tak, łąka. Spójrz, koniczyna "w prawo" się układa. Można też poznać po kolorze. Kolor łąki znacznie intensywnie...
-Zamknij japę - pouczył szeregowego Nadzieja sierżant. –Nikt cię o zdanie nie pytał.
-Tak jest. To co, wracamy? - Nadziej nie speszył się specjalnie i, przewracając w dłoniach parę gatunków ziół, które przed chwilą zerwał, oglądał się na wschód.
-A niby po co mamy wracać? Hę? Idziemy dalej- Daniel skinął na dwóch żołnierzy, którzy zerwali się natychmiast i pobiegli przed siebie, na zachód.

- O - zwiadowca leżał przy ziemi, zahaczając nosem leśnie poszycie. - Tu byli.
-Niby kto? - kapral Klemens rozglądał się, zaniepokojony, na boki.
-Jacyś ludzie -zwiadowca wstał i otrzepał się. -Może to sierżant Daniel z resztą naszych chłopaków? Co, kapralu, może to Daniel?
-A skąd ja mam wiedzieć niby? Ja jestem zwiadowcą czy ty?
-No... ja.
-A widzisz. To co się głupio pytasz?
Zbici w grupę jeńcy zaczęli energicznie rozglądać się na boki.
-Trzymać ich tam, żeby nie uciekli. A jak który coś głośniej powie, to w łeb i do ziemi. Zrozumiano? - kapral miał niepewną minę. -Śledzą nas, psie juchy.
-Kto nas śledzi, kapralu?
-Pojęcia nie mam przecież. No przecież nie ten ciołek Daniel. Ale głowę dam, że kumple tych z osady.
-To możliwe - zwiadowca raz jeszcze przypadł do ziemi. -Rzeżucha mocno zdeptana. Mieli konie ze sobą.
-To czemu, do jasnej cholery, nic nie mówisz? -Klemens podszedł do leżącego i sprawiał wrażenie, jakby chciał go kopnąć. -Mam się o wszystko pytać po kolei?

-A ten strumyk to nazwę: Danielski Włos. Nieźle nie?
-Nieźle sierżancie, mi się tam podoba bynajmniej. I pewnie awansuje pan w końcu na porucznika.
-Możliwe. Może nawet dostanę Order Purpurowej Rzutki. I nazwę się wtedy: Daniel Purpurowy. Za zasługi. Klemensa szlag trafi, wafla jednego.
-A co to takiego ten order? Do czego to jest?
-Nie wiem, ale ładnie wygląda i można w tym nosić prezerwatywy.
Czarne Kubraki popatrzyli po sobie z podziwem.
Stali w soczystej trawie, intensywnie zielonej i wysokiej po kolana. W pobliżu szemrał urokliwy strumyk, tworząc szerokie półkole idealnie nadające się na założenie osady. Mnóstwo wielobarwnych motyli i brzęczenie niezliczonych pszczół nadawały miejscu specyficzny baśniowy klimat.
Po chwili jednak urok prysł. Strażnik, który wspiął się na pobliskie wzgórze i obserwował okolice, zakrzyknął głośno:
-Konni! Co najmniej dziesiątka! I piesi! Co najmniej dziesiątka! Południe!
Nastrój, jak wspomniano, prysł. Czarne Kubraki zerwali się błyskawicznie. Zaraz jednak, na nerwowy gest sierżanta, kucnęli z powrotem. W ich dłoniach tkwiły już długie łuki; jedna strzała na cięciwie, trzy między palcami prawych dłoni. Sierżant Daniel dobywając miecza rzucił krótkie spojrzenie w stronę pobliskiego lasu. Za daleko. Niemniej i tak warto spróbować. Konni w lesie walczą słabo, jeśli przynajmniej części uda się dostać pomiędzy drzewa, to może być szansa na zwycięstwo.
-Piesi! Od zachodu! Co najmniej dziesiątka! Nie! Dwie dziesiątki!
-W mordę. Wysłać ptaka - rzucił Daniel i zaczął biec. Za nim biegła reszta oddziału. Dwudziestoosobowy regiment piechoty strzelczej Irrehare pędził na złamanie karku w stronę opiekuńczych drzew.

-Co to jest? - Czarny Santana marszczył brew.
-Wiadomość od sierżanta, przyniesiona przez ptaka-czujnika. Napisano w niej, że szykuje się bitwa z przeważającym wrogiem. - Ksawras Wyżrny przebiegał wzrokiem nierówne pismo.
-A Klemens? Gdzie on w tej chwili? Czy zdąży z odsieczą? - Czarny Santana miał już obie brwi zmarszczone, dlatego zaczął miętosić kubrak.
-Pozycja zaznaczona na naszych sztabowych mapach wskazuje, że powinien zdążyć. Ale pewności nie ma, mój panie. Wysłać do niego ptaka-czujnika?
-Tak. Wyślij. Ale ma zdążyć. Bo jak nie zdąży, to będziesz miał kłopoty!
-Łopoty... łopoty... łopoty - powiedziało echo.
Gołąb wzbił się w powietrze.

Post #15, autor: jedidia
napisany: 29. grudnia 2007, sobota, 00:09
zmieniany przez autora, 29. grudnia 2007, 00:10
awatar
Czar Świąt



Anno Domino 1007, 28 grudnia.

Ciekawostki świąt w ośrodkach zamkniętych

Rycerze Jedi jak przystało na pobożnych braci zakonnych przykładnie zaprawili się do świąt. Wprowadzono surowy zakaz picia (wszystkiego) przez 24 godziny coby przynajmniej jeden dzień społeczeństwo w trzeźwości wychować. Nawet rozkoszy cielesnych z dziewkami zabroniono tak ze przyrost populacji jakby stanął. A wszystko to w szczytnym celu. Książę nakazał łowy. Bo czymże są święta bez rytuału-"zabij karpia!" Jak to Jedi my odrobinę zmodyfikowaliśmy ten poczciwy zwyczaj. Wiadomo- normalnie kupuje sie takiego przyduszonego płetwonoga( pewnie juz z udarem mózgu z braku tlenu). Pózniej wrzuca sie go do wanny. Bo wiadomo- ryba torturowana psychicznie daje poznieju bardziej kruche mięsko. Pózniej - gdy swieta zblizaja sie do kulminacji daje sie karpiowi trzonkiem w łeb i tym samym nozem patroszy.

Tak robią inni. Jedi natomiast poszli dalej. Jak juz mówiłem, w okresie przedświątecznym polujemy na rozbójnicze huncwoty. Łapiemy ich w siatkę i zamykamy w ciemnicy trzymając w niepewności.Tak jak z karpiem chodzi tu o złamanie psychiki denata.
W międzyczasie z bólem serca poświęcamy kilka szt cennego drewna i parobkowie strugają pale.

**********

Zawody Strong-Jedi

Jako ze święta to czas wybaczania huncwoty dostają niespotykaną szansę- wolność pod warunkiem przejścia konkurencji zwanej Strong- Jedi. Z jednej strony stają do zawodów jeńcy, a z drugiej nasz pan Jedi.


Pierwsza konkurencja zwie się "Zabawy w drewutni". Wygrywa ten kto przetrzyma 10 min. piłowania. To bardzo edukacyjna konkurencja ,gdyż kazdy może poznać trud drwala. Konkurencja polega na tym iż zawodnicy kładzeni są na kozły do metrów i po dwóch drwali zabiera sie do testowania ich odporności na skrawanie piłą. No wiec Jedi startuje w płytówce ,10 huncwotów bez. Wynik bez sensacji- 10 trupów.

Następnie przechodzimy do konkurencji zwanej "Kamienne jajo". Tym razem przemieszczamy sie do kamieniołomu by znowu łączyć przyjemne z edukacyjnym przesłaniem. Tym razem Jedi startował bez handicapu. Widok był przedni. Oto 11 junaków obnażonych poniżej pasa. W dłoniach u każdego dwa solidne kamole. Sędzia podniósł czerwoną chorągiewkę. Chwila skupienia. Wyraz zaciętości w oczach zawodników. Chorągiewka opadła- start! Łup! Łup! Zawodnicy przyjąwszy odpowiednią pozycję poczęli okładać bezlitośnie swe jądra! Niestety -konkurenci Jedi wymiękli po pierwszym sztosie i zaciągnięto do ciemnicy juz jeno 10 wałachów. Jedi tymczasem postanowił pobić Pudziana wykonując 1000 uderzeń w jajo.Emocje sięgały zenitu ale niestety przy 886 uderzeniu Jedi musiał skoczyć na siku i chłopaki od Ginesa unieważnili wynik. Hańba!

Po wyczerpaniu sie zasobu zawodników, zamykamy zawody. Przechodzimy do tego , co wojownicy Jedi lubią najbardziej- zciągamy przyodziewek i dwie noce polujemy na dziewice.

**********

Święta ,święta i po świętach!

Cóż- niestety czas wracać do ciężkiej pracy. Tylko 10 bezjajnych huncwotów wbitych na pal rozkładając się przypomina nam miłe chwile.

Ehhh- odór rozkładających sie ciał o poranku- to pachnie jak zwycięstwo!

Spisane ręką Mistrza Yody.



Przygotowane pod panowaniem władcy: Jedidia.
piątek, 28 grudnia, 1007
Księstwo: Zakon Rycerzy Jedi

Post #16, autor: aqwert
napisany: 14. marca 2008, piątek, 08:42
awatar
Ponizej przedstawiam kroniki ksiestwa Dyskert. Tak jak napisał Jedidia i Antygon są świetne. Za miesiąc będą ogólnodostepne, ale po co mają tyle czekać.

Post #17, autor: aqwert
napisany: 14. marca 2008, piątek, 08:42
awatar
Dziadku! - cz. I



- Dziadku, Dziadku! - pod starym dębem gromadka dzieci obsiadła kołem starego Piwożłopa. Tak naprawdę to rodziny żadnej nie miał, ale w wiosce każdy go nazywał "Dziadkiem", niezależnie czy był to 4 letni otrok czy stary Babulija, miejscowy rajca, czy nawet starszy od Piwożłopa - przygłuchy i kulawy wiarus, którego od młodości przezywano "Bocianem".
- Dziadku! - krzyczały dzieci - Dziadku opowiedz nam jeszcze raz jak sam zdobyłeś Dyskert!
Opowieść Piwożłopa znali wszyscy w gminie na pamięć, ale dzieciom, w przeciwieństwie do dorosłych, opowieść podobała się zawsze.
- O nie sam, Mykoła - rzekł gładząc się po siwej brodzie staruszek, do najgłośniej krzyczącego malca - był ze mną jeszcze mój wierny druh, stary Nabuchodinozaur.
- Dziadku! Przecież wczoraj mówiłeś, że twój przyjaciel nazywał Niedługozdychał!
- Hmmm - zafrasował się Piwożłop - no możliwe. Więc drogie dzieci uważajcie - pogładził brodę, rozsiadł się wygodnie na trawie pod drzewem i rozpoczął.
- Zaczęło się od zdobycia Carbonu, niedużej wioski na złożu węgla, należącej do księstwa Dyskert, a która to wioska kluczową była dla Dyskertu. W niej bowiem, dyskertański książę hodował trufle. Ale Carbon było prawdziwą twierdzą - 30 zaprawionych w polu chłopów, dzień i noc ćwiczących zbiór trufli, strzegło osady. Nie było możliwości by zdobyć osadę szturmem - tu stary zawiesił głos. Dzieci słuchały z otwartymi ustami.
- Jednak wiedziałem, że w osadzie Carbon żyje pewien człowiek, który chętnie przejdzie na naszą stronę. Dość miał zbioru trufli i za wszelką cenę chciał zaszkodzić Dyskertowi. Nazywał się Fullight. Przeto umówiliśmy się, że pod osłoną nocy, przebrani za handlarzy trufli, ja i Nabuchodinozaur, wejdziemy do wioski.
- Dziadku! A jaka była rola pana Fullighta?
- Zaraz Bazylku - Piwożłop odchrząknął, pogładził się bo brodzie i kontynuował...

Stary Fullight miał ostrzec nas gdyby wśród mieszkańców Carbon pojawiły się podejrzenia i według naszego planu, miał w oknie swojego domu ustawić 43 lampy naftowe, na znak, że wszystko idzie dobrze, zaś na znak wpadki miał swą jedyną krowę pomalować na pomarańczowo. Gdy nadeszła noc Nabuchodinozaur wszedł do konopnego worka, a następnie położył się na furmance, którą wcześniej zorganizował nam Fullight. Cicho wjechaliśmy do wioski. Niestety zatrzymali nas strażnicy. Widząc pusty wóz załadowany jednym workiem mogli nabrać podejrzeń. Jeden z nich podszedł do worka i zapytał:
- Kto jest w środku?
- To my, trufle! - cichutkim głosem odpowiedział Nabuchodinozaur. Strażnik z uznaniem pokiwał głową i puścił nas dalej. Zajechaliśmy pod dom Fullighta. Nabuchodinozaur pieczołowicie policzył lampy naftowe i chwilę później usłyszałem jego pełne ulgi westchnienie. Zapukał zgodnie z planem 32 razy, w takt melodii "Umarł Maciek, umarł". Drzwi się uchyliły.
- Żyrafy wchodzą do szafy - Nabuchodinozaur wyszeptał hasło.
- Pawiany wchodzą na ściany - brzmiał odzew zza drzwi. Chwilę później Fullight wyszedł przed dom.
- Jak udało wam się umknąć strażnikom? Świetne przebranie! - krzyknął Fullight widząć Nabuchodinozaura wciąż w worku naciągniętym do pasa.
- To jeszcze nic - odpowiedział przebrany - pomóż mi wyprzęgnąć Piwożłopa.
- Fullighcie - zagadnąłem jak tylko zdjęli ze mnie chomąto - czy upozorowałeś samobójczą śmierć naczelnika miasta, tak jak o to prosiłem?
- Oczywiście Piwożłopie - odpowiedział pytany - w życiu nikt nie pomyśli, że naczelnika mógł zabić ktoś inny niż on sam.
Dalsza część planu przewidywała wciągnięcie flagi, mojego księstwa, Milklandu, na maszt na głównym placu osady, na którym znajdowała się między innymi kantyna naczelnika. Przemknęliśmy się cicho między budynkami i po chwili byliśmy pod masztem.
- Nabuchodinozaurze, gdzie masz flagę?
Nabuchodinozaur wyjął zza pazuchy zmięty materiał. Flaga nie była duża, jednak na tyle spora, by była widoczna wisząc na maszcie. Przedstawiała jędrne, różowe, krowie wymię na białym tle. We trzech z dumą raz za razem wciągaliśmy flagę na maszt. Wreszcie udało się. Dorodny krowi cycek łopotał na wietrze. Zaczynało świtać i pierwsi mieszkańcy przychodzili na plac.
- O nie! - zakrzyknął jeden z nich, który jako pierwszy zobaczył wrogą flagę na maszcie - Biada nam! Carbon padło!
Po tych słowach z okolicznych domów wylegli ludzie. Widząc, że osada została zdobyta uderzyli w lament. Każdy z mieszkańców wioski płakał rzewnymi łzami, błagając o litość. Na twarzy mojej oraz na licach moich wiernych druhów pojawił się wyraz tryumfu. Natychmiast rozkazałem tubylcom zakuć się w kajdany, co zrobili niechętnie, jednak wiedzieli, że jakikolwiek opór mógł się skończyć tragicznie.
- Jak to się stało - jeden z zakutych już osadników biadolił - że naczelnik nic zauważył?
- To nie słyszeliście Radmilu, że naczelnik samobójstwo popełnił? - odpowiedział inny.
- Jakże to? Naczelnik? W jaki sposób?
- Ano tak. Trzykrotnym strzałem z kuszy w potylicę.
Między rozmawiającymi zapadła cisza.
- Niech mu ziemia lekką będzie.
Wszyscy zgodnie skinęli głowami.

Stary nieco się zasapał. Perlisty pot wystąpił mu na czoło. Buzie dzieci otwarte były do granic możliwości.
- Nu riebiata, tak to zdobyłem Carbon. Resztę dopowiem wam kiedy indziej. Późno już, zaczyna zmierzchać. Do domów, raz.
Chcąc nie chcąc dzieci, zarumienione od nadmiaru emocji, kolejno podnosiły się z ziemi i rozchodziły się do domów. Gdy Piwożłop został sam z własnymi myślami, zza drzewa wykuśtykał stary Bocian.
- Chce ci się to wciąż im opowiadać, Dziadku?
- Ano, chcą to im opowiadam.
- Wydaje mi się, że trochę koloryzujesz - uśmiechnął się Bocian.
- Eee, zdaje ci się. Zresztą zbyt stary jesteś by to jeszcze pamiętać.
Bocian uniósł brwi pobłażliwie się uśmiechając.
- Późno już. Dobranoc, Dziadku.
- Dobranoc, Bocianie.



Przygotowane pod panowaniem władcy: Havelock Vetinari.
środa, 12 marca, 1008
Księstwo: Dyskert

Post #18, autor: aqwert
napisany: 14. marca 2008, piątek, 08:43
awatar
Dziadku! - cz. II



- Dziadku! Dziadku! - pod rozłożystym dębem grupka dzieci, podobnie jak kilka dni temu, otoczyła kołem spoczywającego w cieniu drzewa starszego człowieka.
- Dziadku! Opowiedz nam o zdobyciu Ankh - Morpork! - darła się sześcioletnia Katja.
- Nie, nie, lepiej o tym jak wycyganiłeś od Havelocka wszystkie widły jakie miał! - wtórował siedmioletni Ivo.
- Dziadku, opowiedz o tym jak wybrano ciebie na księcia Milklandu! - dodał czteroletni Radko.
Piwożłop, bowiem to jego powszechnie nazywano Dziadkiem, odchrząknął i przygładził siwą brodę.
- Dziś opowiem wam coś ciekawszego. Będzie to opowieść o wyrżnięciu kwiatu dyskertańskiego wojska. - zakończył szczerząc groźnie dziąsła.
- Nie, dziadku nie opowiadaj nam o wojnach - zaprotestował jeden z chłopców.
- Cicho bądź Slobodan! - zgasił go drugi - Zawsze musisz być takim pacyfistą?
Slobodan umilkł natychmiast zawstydzony, a Dziadek, widząc, że dzieci są już gotowe by zaczął, zaczął...

Było to w środku zimy. Siarczyste zimno i śnieg po szyję nieco utrudniały poruszanie się, ale wiedzieliśmy, że w tym wypadku warunki atmosferyczne są po naszej stronie. Od dłuższego czasu ja i moi dwaj przyjaciele Nabuchodinozaur i Fullight, o których już wam opowiadałem, śledziliśmy stuosobowy oddział dyskertańskich wojów. Aby zetrzeć Dyskert z powierzchni świata, trzeba było ów oddział zniszczyć, nie było rady. Od wielu długich, zimowych dni, krok w krok, chowając się za zaspami i nurkując pod lodem, podążaliśmy za wrogimi żołnierzami. W pewien lutowy poranek zbliżyliśmy się do nich na tyle blisko, by móc przez lunetę wypatrzeć jak bardzo mogą być
niebezpieczni. Przebrani za trzy polarne zające schowaliśmy się w zaspie. Każdy z nas wyciągnął swoją kieszonkową lunetę. Z przyzwyczajenia je zawsze przy sobie nosiliśmy. Po dłuższej obserwacji, pierwszy odezwał się Nabuchodinozaur:
- I co? Jak myślicie?
- Spójrzcie na tamtego - wskazał palcem Fullight na stojącego przy ognisku żołnierza - chętny do walki.
- No żartujesz sobie - odrzekłem - przecież on jest zadowolony. Przypatrz się dobrze, zadowolony jak nic.
- Nie macie racji waszmościowie - dołączył Nabuchodinozaur - on pragnie zabijać wrogów, podobnie jak tamten leżący pod drzewem.
- Nie, nie - oceniłem fachowym okiem - ten leżący pod drzewem pragnie oddać życie za księcia.
- Po mojemu - Fullight podrapał się pod czapką z zajęczymi uszami po łysinie, bowiem włosów nie miał - to on chyba już oddał. Żołnierze pragnący oddać życie za księcia, nieco bardziej są ruchliwi. Wierzajcie, ja dwa razy w życiu takich szaleńców widziałem.
- Ech, dobra. Zerknijmy na uzbrojenie.
Znów unieśliśmy lunety.
- Tamten przy ognisku ma dwa patyki i paczkę lulków - miałem z nich wszystkich najbystrzejsze oko - tamta grupka po prawej garniec śliwowicy i trzy pary rękawiczek z niedźwiedziej skóry.
Nabuchodinozaur aż gwizdnął z podziwu.
- Tak, Dyskert zawsze był z technologią do przodu.
- Czterech przy krzakach ma pług dwuskibowy. Wysoki i łysy jak Rycerz Ortalionu trzyma maczugę i krowi łańcuch. Na co tylko mu ta kolczuga do kolan? Tych pod lasem grających na harfach nie liczę, a dowódca ma łuk kompozytowy.
Znowu gwizdnięcie, tym razem ze strony Fullighta.
- Zatem niedużo tego jak na setkę wojowników - podsumował Nabuchodinozaur odgarniając zajęcze ucho z czoła - jednak, mimo wyrównanych sił, możemy ponieść duże straty. Dlatego proponuję uciec się do fortelu, a mianowicie...
***
Spódnica trochę mnie uwierała. W sumie nie byłoby w tym nic strasznego, gdybym jeszcze tylko umiał chodzić w pantoflach na wysokim obcasie. Ale nie umiałem. Szedłem do obozu wroga przebrany za kwiaciarkę. Plan może nie był szczególnie błyskotliwy, ale nic lepszego nie wymyśliliśmy. Zbliżyłem się do obozu, tak by zauważyli mnie strażnicy.
- Ej, dobra kobieto! Czego ci potrzeba?
- Witaj młodzieńcze - zaświergotałem - nie chcesz aby kupić fiołków dla dziewczyny?
- Skąd u ciebie niewiasto fiołki o tej porze roku? Przecież jest luty.
- Eeee... To może chociaż kaktusa? - próbowałem ukryć moje zmieszanie. Żołnierz chyba zaczął coś podejrzewać, więc aby przerwać przedłużające się milczenie, zagadnąłem:
- Czy panicz pozwoli mi wejść do obozu?
- Obóz dla zwiedzających otwarty jest od 8 do 15! - huknął - Nie macie babo w domu klepsydry?
Facet nie wyglądał na bystrego, ale nie mogłem pozwolić sobie na zdemaskowanie. Zdjąłem kapelusz i trzymając go w obu rękach przykurczonych na piersi i spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem, jednocześnie próbując powiększyć źrenice do maksymalnych rozmiarów.
- Och, no dobra. Właź niewiasto.
Gdy przechodziłem koło niego, dał mi soczystego klapsa, rechocząc obleśnie. Najważniejsze, że byłem w obozie. Powoli zmierzchało, a dzielni wojownicy Dyskertu, zakutani w co który miał, udawali się na spoczynek. Każdy z nich, nie spodziewając się niebezpieczeństwa, zostawiał swoją broń gdzie popadło. Postanowiłem to wykorzystać. Skwapliwie zbierałem wszystko w podwiniętą spódnicę. Rękawiczki z niedźwiedziej skóry schowałem za stanik. Wtem do mych uszu dobiegł cichy śpiew i pobrzękiwanie harfy. Źródło dźwięków dobiegało zza pobliskich krzaków. Podszedłem bliżej. Przy tlącym się ognisku siedział osamotniony wojak, podśpiewujący przy harfie starą żołnierską balladę, która dziwnym zbiegiem okoliczności miała tę samą melodię co staroanglosaska pieśń ludowa "No woman, no cry":

Ya konechno ne geroy,
A urod liubovnik.
O ya bogat i znamenit,
No ne podpolkovnik.
Nuuuuuu gde zhe vy bliadiiiii...

- Przepraszam - przerwałem mu cicho - czy mógłby mi pan oddać harfę?
Żołnierz odwrócił się i zmierzył mnie surowym wzrokiem.
- Dlaczegóż to, kwiaciarko?
- Skąd wiesz, że jestem kwiaciarką? - odparłem zdziwiony, albowiem kosz z kwiatami już wcześniej wyrzuciłem.
- Poznałem po kapeluszu z kwiatową kompozycją "17 mgnień wiosny". Subtelne połączenie słonecznika z kokosami.
Po chwilowym zmieszaniu przypomniałem sobie po co tu przyszedłem.
- Czy mógłby mi pan oddać harfę? Chciałabym ją tylko potrzymać.
- A czy nie jesteś przypadkiem szpiegiem obcego księstwa, przebranym za kwiaciarkę, który podstępem wkradł się do obozu, po to by wykraść nam broń podczas snu i w ten sposób spowodować zagładę naszego oddziału, co bezpośrednio przyczyni się do upadku księstwa Dyskert? - powoli wycedził przez zęby, jednocześnie pochylając się w moją stronę, jakby chciał coś wyczytać z mojej twarzy. Wiedziałem, że od mojej odpowiedzi zależy los świata Anima Solidus, widziałem, że od najbliższej chwili zależy życie moje i moich kompanów. Dlatego zwlekałem z odpowiedzią, układając w głowie przemyślane zdanie, którym natychmiast omamiłbym żołnierza. Nie na darmo uczęszczałem kiedyś na lekcje retoryki, więc pełen skupienia i stanowczości, powoli, akcentując każdą samogłoskę, rzekłem:
- Nie.
- A to proszę - uśmiechnięty, z wyraźnym uczuciem ulgi wojak, oddał mi harfę - i tak miałem się kłaść spać. Już cisza nocna. Dobranoc kwiaciarko.
- Branoc, aspirancie - odrzekłem zerkając na jego pagony, przedstawiające dwie gwiazdki na "szaszłyku". Wojak znikł w mroku, a ja uginając się od pod ciężarem zdobycznego oręża, wymknąłem się z wrogiego obozu w kierunku miejsca gdzie obozowali Nabuchodinozaur z Fullightem.
- Gratulacje Piwożłopie - zaczął Fullight klepiąc mnie po plecach, gdy wróciłem do obozowiska i rzuciłem na ziemie stos dyskertańśkiej broni.
- Genialne Piwożłopie, genialne - Nabuchodinozaur potrząsał moją prawicą. Po udanej akcji, wszyscy położyliśmy się spać. Dopiero nad ranem, zbudził nas głośny okrzyk histerii, a potem odgłosy szlochania, dochodzące z obozu Dyskertu.

- I tak, drogie dzieci, unicestwiliśmy główne siły Dyskertu.
- Dziadku - czteroletni Radko wyglądał na zafrasowanego - ale ci żołnierze przecież jeszcze nie zginęli!
- Ano nie - stary pogładził się po brodzie - ale jak sam wiesz, Radoslavie Radoslavoviczu, żołnierz, który z jakichś względów pozbędzie się swojej broni, staje się bezużytecznym, sflaczałym fajtłapą.
- Wiem! - zakrzyknęła najstarsza, jedenastoletnia Aksinia - mama mi mówiła, że taki ktoś nazywa się wtedy impot...
- Aksinia! - przerwał nieco zaskoczony Piwożłop - a, mniejsza z tym. W każdym razie, żołnierze Dyskertu nie nadawali się już do niczego. Dobra dzieci, koniec na dzisiaj. Do domów, raz.
Dzieciaki z pewnym ociąganiem, wstały i rozeszły się w swoją stronę. Po chwili, siedzący wciąż Piwożłop, usłyszał kroki. Stary Bocian oparł się o drzewo.
- O czym dzisiaj było? - zapytał z pobłażaniem w oczach.
- Było przyjść i posłuchać. - mruknął Dziadek.
- O, się nie gniewaj - uśmiechnął się Bocian - tylko zawsze śmiać mi się chce jak widzę ciebie opowiadającego dzieciom bajki.
Chwilę obaj patrzyli na zachodzące słońce.
- Fullight istniał naprawdę?
- Fullight - Dziadek pogładził się po brodzie - był jednym z moich dowódców. Nie był władcą, był żołnierzem. Zresztą powinieneś pamiętać - roześmiał się Piwożłop, trącają Bociana łokciem. Tamten nie odpowiedział.
- Późno już. - Bocian się przeciągnął - Dobranoc Dziadku.
- Dobranoc. Ja też już pójdę.
I poszedł.



Przygotowane pod panowaniem władcy: Havelock Vetinari.
środa, 12 marca, 1008
Księstwo: Dyskert

Post #19, autor: aqwert
napisany: 14. marca 2008, piątek, 08:44
awatar
Dziadku! - cz. III



- Dziadku! Dziadku! - pod rozłożystym dębem, grupka dzieci otoczyła siedzącego na trawie starszego mężczyznę.
- Dziadku, obiecałeś dokończyć historię o zdobyciu Dyskertu!
- Wiem, wiem Ivo - Piwożłop, bo to on był powszechnie nazywany Dziadkiem, przygładził siwą brodę - dzisiaj opowiem wam o zdobyciu Ankh - Morpork.
- Dziadku, a skąd ta nazwa?
- O to należałoby spytać księcia Havelocka, Radko - odparł Piwożłop chichocząc - ale wiem, że Morpork to nazwa rzeki, nad którą leżała stolica Dyskertu.
- Dziadku, a czy to prawda, że po zdobyciu Ankh - Morpork, Dyskert nie miał już żadnych osad?
- To prawda, Sierioża. Mój świetnie wyszkolony wywiad doniósł mi, że tak właśnie było.
- Dziadku, a to prawda, że wszystkie złoża surowców w świecie były położone w jednym miejscu?
- Aksinia, tyle razy prosiłem byś nie słuchała co opowiada stary Babulija. On jest rajcą więc gadanie głupot ma niejako wpisane w zawód, ale to nie powód, by dawać wiarę w słowa Babulii. Nie było tak, że wszystkie złoża były w jednym miejscu. W kwadracie o boku 7 dni marszu piechura, były 3 złoża węgla, w tym dwa sąsiadujące ze sobą po skosie oraz 2 złoża rudy. Ponadto w bezpośredniej bliskości kwadratu złóż, znajdowały się jeszcze dwa dodatkowe złoża rudy. Zatem sami widzicie, że nie były to wszystkie surowce.
Ręka jednego z chłopców wystrzeliła do góry.
- No co tam, Bazylku?
- Dziadku, to tam musiały być same narody górnicze, prawda?
- Ano - stary przygładził brodę - gdybyś kogoś z tamtejszych władców spytał, czy jest górnikiem, stanowczo by zaprzeczył. Wychodziło na to, że na największych złożach w świecie siedzą sami rolnicy - dokończył puszczając oko.
- No, ale miałem wam coś dzisiaj opowiedzieć. Usiądźcie wygodnie i posłuchajcie o zdobyciu miasta Ankh - Morpork.
Piwożłop przygładził długą brodę.
- Zaczęło się od tego...

Zaczęło się od tego, że nie za bardzo wiedzieliśmy, jak się do sprawy zabrać. Numer z przebraniem się za worek trufli, albo kwiaciarkę odpadał, bo zarówno gadającego worka jak i kwiaciarki z kapeluszem "17 mgnień wiosny" szukali w Dyskercie wszyscy. Tu i ówdzie wisiały nawet listy gończe, że ten kto przywiedzie złoczyńców przed majestat Vetinariego, dostanie pół księstwa Babylonu i córkę Eycka von Oostenreede za żonę. Nie wiem czy to obietnica połowy Babylonu, czy też córki Eycka, sprawiła, że jednak nikt nie kwapił się do poszukiwań. Ale i tak woleliśmy nie ryzykować. Postanowiliśmy zdobyć Ankh - Morpork w boju, szturmem. Od kilku dni obozowaliśmy pod murami, a konkretnie w zarośniętym rowie po dawno wyschłej fosie. Każdego dnia obserwowaliśmy mury, w nadziei na dojrzenie uzbrojenia, morale i liczebności strażników. Jednak sprytni Dyskertańczycy ani myśleli nam się pokazywać, dlatego nie udało się uzyskać informacji niezbędnych do udanego szturmu. Zdecydowaliśmy jednak, że szturm musi odbyć się jak najprędzej, bez zbędnego czekania. Pierwszym kłopotem była brama. Z daleka widzieliśmy, że duże, solidne wrota zamknięte są na amen. Nawet ja wiedziałem, że bez tarana nam bramy nie sforsować. Zobowiązaliśmy Fullighta do zrobienia tarana, zaś ja z Nabuchodinozaurem opracowywaliśmy dokładny plan zdobycia Ankh - Morpork. Najwięcej czasu zajęło nam opracowanie spraw najważniejszych, czyli sposobu w jaki zniewoleni Morporczycy mają nam oddawać cześć, w jaki sposób podawać rękę sługom do pocałunku, czy jak prawidłowo akcentować wyrażenie "pięćdziesiąt batów", tak by samo w sobie sprawiało pojawienie się pręg na plecach skazanego.
- Ekhm - dywagacje przerwał nam Fullight - znalazłem odpowiedni pień na taran. Leżał ogryziony przez bobry.
- Świetnie. Zatem skoro mamy taran, szturm proponuję rozpocząć dziś przed zachodem. - zakomenderowałem.
Moi towarzysze na znak aprobaty, skinęli głowami.
- Najpierw staranujemy bramę, a potem... Potem, to się zobaczy. - dokończyłem.
Znów skinięcie głowami. Czas do szturmu upłynął szybko. Od momentu wzięcia taranu do rąk, wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Nabuchodinozaur z Fullightem chwycili taran po bokach, a ja chwyciłem go z tyłu. Ruszyliśmy. Rozpędziliśmy się do granic możliwości i z impetem uderzyliśmy we wrota, które o dziwo nie stawiły dużego oporu i pęd wyrzucił nas prosto na środek dziedzińca, który znajdował się bezpośrednio za bramą. Gdy tylko podnieśliśmy się i wydobyliśmy Nabuchodinozaura spod tarana, przyjęliśmy bojowe pozycje, oczekując na ewentualny atak mieszkańców. Z każdą chwilą w naszych sercach rodziło się coraz więcej wątpliwości. Wreszcie zdecydowałem, że stanie w pozycji sanchin - dachi, nie ma większego sensu.
- Gdzie oni są? Gdzie są oni? Gdzie są? - mruczał Fullight pod nosem - idę sprawdzę między tamtymi domami, we wschodniej dzielnicy.
- Dobra, my poszukamy tutaj.
- Piwożłopie - krzyknął Nabuchodinozaur, który przykucnął przy wyważonych wrotach - spójrz co było przyklejone do wrót od zewnątrz - i podał mi niewielki, zapisany pergamin. Rzuciłem okiem.

Miasto opuściliśmy. Wrota otwarte, nacisnąć tylko klamkę.
Pozdrowienia
Naczelnik Miasta Stołecznego Ankh - Morpork
Svetozar Marović
(dopisek koślawym pismem: "to lamus")

Popatrzyłem na Nabuchodinozaura.
- To kim będziemy poniewierać? - zapytałem ze łzami w oczach - Kogo będziemy posyłać na szafot? Nie no, takich rzeczy się nie robi!
Nabuchodinozaur siedział zasmucony. Po dłuższej chwili, cicho mruknął coś o poszukaniu Fullighta. Szliśmy ulicami pustego Ankh - Morpork, które wyglądało tak, jak gdyby dosłownie przed chwilą ludzie je opuścili. Tu i ówdzie pranie wisiało na sznurkach, przez okna było widać niedojedzoną kolację na stole, przed domami porozrzucane narzędzia gospodarskie. Fullighta spotkaliśmy na moście nad kryształowo czystą rzeką Morpork.
- No pochowali się gdzieś łapserdaki! - zaczął Fullight - ale znajdziemy ich jeszcze. Coście tacy skwaszeni?
Podałem mu kartkę. Fullight przeleciał ją oczami i o dziwo nie posmutniał. Wręcz przeciwnie przyglądał się kartce z zainteresowaniem.
- Aj, zapomniałem, że nie umiesz czytać.
I przeczytałem mu smutną wiadomość. Fullight nie dowierzał, nerwowo patrzył to na mnie, to na Nabuchodinozaura. Po chwili, chyba odruchowo, podniósł ręce do głowy, by w geście rozpaczy wyrwać trochę włosów, ale gdy miast bujnej sierści wymacał wypolerowane lodowisko, natychmiast je opuścił. Dłuższą chwilę staliśmy na moście, wpatrując się w odmęty Morpork. Fullight trącił mnie łokciem i wskazał głową na nieduży budynek stojący nad rzeką. To co szczególnie mnie w nim zainteresowało, to szyld jaki majtał się nad drzwiami. Duży antał miodu, a nad nim napis "Tawerna dnia wczorajszego. Weltmeister & synowie". Smutni, wlokąc nogę za nogą, weszliśmy do gospody. Fullight natychmiast znalazł beczułkę wina, którą zresztą od razu odszpuntował. Stanął za szynkwasem, tuż pod napisem "Nietrzeźwym dzieciom alkoholu nie sprzedajemy" i zaczął nalewać trunek do wysokich kielichów.
- Za Milkland! - zakrzyknąłem.
- Za Milkland! - odpowiedziały mi chrapliwie gardła towarzyszy.
Wiem, że tego wieczora opracowaliśmy w najdrobniejszych szczegółach plan podbicia całego świata, przewidując wszystkie zdrady, wrogie knowania, wyczerpanie złóż surowców, czy spadek wartości talara. Ino problem w tym, że świadomość opracowania takiego planu, była jedyną rzeczą, którą z tego wieczora została nam w pamięci.

Dzieci słuchały z otwartymi ustami. Mały Ivo spał na trawie. Dziadek przygładził siwą brodę i głęboko westchnął.
- Dziadku!
- No co tam, Sierioża?
- To wobec tego gdzie byli mieszkańcy Ankh - Morpork, skoro w Ankh - Morpork ich nie było?
- Opuścili miasto, jeszcze zanim przybyliśmy. Nie chcieli widocznie wpaść w nasze ręce. Chodziły plotki, że udali się na wschód, ale kto ich tam wie. Grunt, że stolica była nasza. Tak skończył Dyskert.
- Dziadku! - Maika aż wstała z emocji - a co stało się z księciem Havelockiem?
- Ano, tego dokładnie nie wie nikt. W Ankh - Morpork go nie było. Nikt z pytanych przez nas ludzi nie wiedział gdzie może się ukrywać Havelock. Krążyły plotki, że uciekł, że popełnił samobójstwo, że przystał do wędrownych trubadurów grając na akordeonie. Jednak od tamtego czasu nikt wiarygodny go tak naprawdę nie widział. W sumie mało interesowałem się losem księcia Havelocka. Miałem jego księstwo w garści i to mi wystarczało.
- Dziadku, bardzo łatwo ci poszło z pokonaniem Dyskertu - skonkludował Radko.
- Ano, widzicie dzieci, podstawą zawsze jest zaufanie - Piwożłop uśmiechnął się ciepło.
- Dziadku, spójrz! Pan Bocian idzie!
- O, jakoś mnie to nie dziwi. Dzieciaki, na was to już chyba pora.
Mamrocząc pod nosami "do zobaczenia" i "branoc" dzieci rozeszły się. Bocian zdążył dokuśtykać do wciąż siedzącego pod drzewem Piwożłopa.
- O czym dzisiaj, Dziadku? - z pobłażaniem w oczach zapytał Bocian - słyszałem, że nie powiedziałeś im co się stało z księciem Havelockiem.
- Dzieciaki zaraz by opowiedziały dorosłym, a wtedy mogłoby się to dla mnie źle skończyć. Ty zresztą też jakoś nikomu nie mówisz co się stało z księciem Dyskertu - uśmiechnął się łobuzersko - mogłaby być to ciekawa opowieść. W końcu grobu Havelocka nikt nie widział, więc teoretycznie książę może żyć.
Piwożłop uśmiechnął się jeszcze szerzej czekając na reakcję Bociana.
- Skąd wiesz, że grobu nikt nie widział? Chyba twój zwiad ci o tym doniósł, bo ta informacja jest tak samo prawdziwa jak to, że Dyskert nie miał więcej osad po zdobyciu przez ciebie Ankh - Morpork - Bocian zachichotał - Havelock oficjalnie został pochowany w Fornost. I grób jest, tylko że pusty. Takie dziwne poczucie humoru.
- Gdzie jest Fornost?
- Wiesz Piwożłopie, chyba już za stary jestem, żeby takie rzeczy pamiętać - opowiedział chichocząc.
- No, na mnie już czas. - dokończył wciąż się uśmiechając.
Obaj uścisnęli sobie ręce.
- Dobranoc Piwożłopie.
- Dobranoc Havelocku.



Przygotowane pod panowaniem władcy: Havelock Vetinari.
środa, 12 marca, 1008
Księstwo: Dyskert

Post #20, autor: Draconis
napisany: 14. marca 2008, piątek, 09:28
awatar
super :D - klikam na ciekawa

Wyniki od 1 do 20. Przejdź do strony: 1 2
Dodawać posty mogą tylko zarejestrowani użytkownicy, po zalogowaniu.
Wyszukiwarka: