Kronika: Dziadku! - cz. I

Przygotowane pod panowaniem władcy: Havelock Vetinari.

środa, 12. marca Anno Domini 1008

Księstwo: Dyskert

- Dziadku, Dziadku! - pod starym dębem gromadka dzieci obsiadła kołem starego Piwożłopa. Tak naprawdę to rodziny żadnej nie miał, ale w wiosce każdy go nazywał "Dziadkiem", niezależnie czy był to 4 letni otrok czy stary Babulija, miejscowy rajca, czy nawet starszy od Piwożłopa - przygłuchy i kulawy wiarus, którego od młodości przezywano "Bocianem".
- Dziadku! - krzyczały dzieci - Dziadku opowiedz nam jeszcze raz jak sam zdobyłeś Dyskert!
Opowieść Piwożłopa znali wszyscy w gminie na pamięć, ale dzieciom, w przeciwieństwie do dorosłych, opowieść podobała się zawsze.
- O nie sam, Mykoła - rzekł gładząc się po siwej brodzie staruszek, do najgłośniej krzyczącego malca - był ze mną jeszcze mój wierny druh, stary Nabuchodinozaur.
- Dziadku! Przecież wczoraj mówiłeś, że twój przyjaciel nazywał Niedługozdychał!
- Hmmm - zafrasował się Piwożłop - no możliwe. Więc drogie dzieci uważajcie - pogładził brodę, rozsiadł się wygodnie na trawie pod drzewem i rozpoczął.
- Zaczęło się od zdobycia Carbonu, niedużej wioski na złożu węgla, należącej do księstwa Dyskert, a która to wioska kluczową była dla Dyskertu. W niej bowiem, dyskertański książę hodował trufle. Ale Carbon było prawdziwą twierdzą - 30 zaprawionych w polu chłopów, dzień i noc ćwiczących zbiór trufli, strzegło osady. Nie było możliwości by zdobyć osadę szturmem - tu stary zawiesił głos. Dzieci słuchały z otwartymi ustami.
- Jednak wiedziałem, że w osadzie Carbon żyje pewien człowiek, który chętnie przejdzie na naszą stronę. Dość miał zbioru trufli i za wszelką cenę chciał zaszkodzić Dyskertowi. Nazywał się Fullight. Przeto umówiliśmy się, że pod osłoną nocy, przebrani za handlarzy trufli, ja i Nabuchodinozaur, wejdziemy do wioski.
- Dziadku! A jaka była rola pana Fullighta?
- Zaraz Bazylku - Piwożłop odchrząknął, pogładził się bo brodzie i kontynuował...

Stary Fullight miał ostrzec nas gdyby wśród mieszkańców Carbon pojawiły się podejrzenia i według naszego planu, miał w oknie swojego domu ustawić 43 lampy naftowe, na znak, że wszystko idzie dobrze, zaś na znak wpadki miał swą jedyną krowę pomalować na pomarańczowo. Gdy nadeszła noc Nabuchodinozaur wszedł do konopnego worka, a następnie położył się na furmance, którą wcześniej zorganizował nam Fullight. Cicho wjechaliśmy do wioski. Niestety zatrzymali nas strażnicy. Widząc pusty wóz załadowany jednym workiem mogli nabrać podejrzeń. Jeden z nich podszedł do worka i zapytał:
- Kto jest w środku?
- To my, trufle! - cichutkim głosem odpowiedział Nabuchodinozaur. Strażnik z uznaniem pokiwał głową i puścił nas dalej. Zajechaliśmy pod dom Fullighta. Nabuchodinozaur pieczołowicie policzył lampy naftowe i chwilę później usłyszałem jego pełne ulgi westchnienie. Zapukał zgodnie z planem 32 razy, w takt melodii "Umarł Maciek, umarł". Drzwi się uchyliły.
- Żyrafy wchodzą do szafy - Nabuchodinozaur wyszeptał hasło.
- Pawiany wchodzą na ściany - brzmiał odzew zza drzwi. Chwilę później Fullight wyszedł przed dom.
- Jak udało wam się umknąć strażnikom? Świetne przebranie! - krzyknął Fullight widząć Nabuchodinozaura wciąż w worku naciągniętym do pasa.
- To jeszcze nic - odpowiedział przebrany - pomóż mi wyprzęgnąć Piwożłopa.
- Fullighcie - zagadnąłem jak tylko zdjęli ze mnie chomąto - czy upozorowałeś samobójczą śmierć naczelnika miasta, tak jak o to prosiłem?
- Oczywiście Piwożłopie - odpowiedział pytany - w życiu nikt nie pomyśli, że naczelnika mógł zabić ktoś inny niż on sam.
Dalsza część planu przewidywała wciągnięcie flagi, mojego księstwa, Milklandu, na maszt na głównym placu osady, na którym znajdowała się między innymi kantyna naczelnika. Przemknęliśmy się cicho między budynkami i po chwili byliśmy pod masztem.
- Nabuchodinozaurze, gdzie masz flagę?
Nabuchodinozaur wyjął zza pazuchy zmięty materiał. Flaga nie była duża, jednak na tyle spora, by była widoczna wisząc na maszcie. Przedstawiała jędrne, różowe, krowie wymię na białym tle. We trzech z dumą raz za razem wciągaliśmy flagę na maszt. Wreszcie udało się. Dorodny krowi cycek łopotał na wietrze. Zaczynało świtać i pierwsi mieszkańcy przychodzili na plac.
- O nie! - zakrzyknął jeden z nich, który jako pierwszy zobaczył wrogą flagę na maszcie - Biada nam! Carbon padło!
Po tych słowach z okolicznych domów wylegli ludzie. Widząc, że osada została zdobyta uderzyli w lament. Każdy z mieszkańców wioski płakał rzewnymi łzami, błagając o litość. Na twarzy mojej oraz na licach moich wiernych druhów pojawił się wyraz tryumfu. Natychmiast rozkazałem tubylcom zakuć się w kajdany, co zrobili niechętnie, jednak wiedzieli, że jakikolwiek opór mógł się skończyć tragicznie.
- Jak to się stało - jeden z zakutych już osadników biadolił - że naczelnik nic zauważył?
- To nie słyszeliście Radmilu, że naczelnik samobójstwo popełnił? - odpowiedział inny.
- Jakże to? Naczelnik? W jaki sposób?
- Ano tak. Trzykrotnym strzałem z kuszy w potylicę.
Między rozmawiającymi zapadła cisza.
- Niech mu ziemia lekką będzie.
Wszyscy zgodnie skinęli głowami.

Stary nieco się zasapał. Perlisty pot wystąpił mu na czoło. Buzie dzieci otwarte były do granic możliwości.
- Nu riebiata, tak to zdobyłem Carbon. Resztę dopowiem wam kiedy indziej. Późno już, zaczyna zmierzchać. Do domów, raz.
Chcąc nie chcąc dzieci, zarumienione od nadmiaru emocji, kolejno podnosiły się z ziemi i rozchodziły się do domów. Gdy Piwożłop został sam z własnymi myślami, zza drzewa wykuśtykał stary Bocian.
- Chce ci się to wciąż im opowiadać, Dziadku?
- Ano, chcą to im opowiadam.
- Wydaje mi się, że trochę koloryzujesz - uśmiechnął się Bocian.
- Eee, zdaje ci się. Zresztą zbyt stary jesteś by to jeszcze pamiętać.
Bocian uniósł brwi pobłażliwie się uśmiechając.
- Późno już. Dobranoc, Dziadku.
- Dobranoc, Bocianie.

Wyszukiwarka:

Średnia ocena:
rewelacja, twórca geniuszem!.
(8 głosów)

Tylko gracze z opłaconym kontem mogą oceniać kroniki.

Księstwo: Dyskert

Inne kroniki tego księstwa: