Kronika: Dziadku! - cz. II

Przygotowane pod panowaniem władcy: Havelock Vetinari.

środa, 12. marca Anno Domini 1008

Księstwo: Dyskert

- Dziadku! Dziadku! - pod rozłożystym dębem grupka dzieci, podobnie jak kilka dni temu, otoczyła kołem spoczywającego w cieniu drzewa starszego człowieka.
- Dziadku! Opowiedz nam o zdobyciu Ankh - Morpork! - darła się sześcioletnia Katja.
- Nie, nie, lepiej o tym jak wycyganiłeś od Havelocka wszystkie widły jakie miał! - wtórował siedmioletni Ivo.
- Dziadku, opowiedz o tym jak wybrano ciebie na księcia Milklandu! - dodał czteroletni Radko.
Piwożłop, bowiem to jego powszechnie nazywano Dziadkiem, odchrząknął i przygładził siwą brodę.
- Dziś opowiem wam coś ciekawszego. Będzie to opowieść o wyrżnięciu kwiatu dyskertańskiego wojska. - zakończył szczerząc groźnie dziąsła.
- Nie, dziadku nie opowiadaj nam o wojnach - zaprotestował jeden z chłopców.
- Cicho bądź Slobodan! - zgasił go drugi - Zawsze musisz być takim pacyfistą?
Slobodan umilkł natychmiast zawstydzony, a Dziadek, widząc, że dzieci są już gotowe by zaczął, zaczął...

Było to w środku zimy. Siarczyste zimno i śnieg po szyję nieco utrudniały poruszanie się, ale wiedzieliśmy, że w tym wypadku warunki atmosferyczne są po naszej stronie. Od dłuższego czasu ja i moi dwaj przyjaciele Nabuchodinozaur i Fullight, o których już wam opowiadałem, śledziliśmy stuosobowy oddział dyskertańskich wojów. Aby zetrzeć Dyskert z powierzchni świata, trzeba było ów oddział zniszczyć, nie było rady. Od wielu długich, zimowych dni, krok w krok, chowając się za zaspami i nurkując pod lodem, podążaliśmy za wrogimi żołnierzami. W pewien lutowy poranek zbliżyliśmy się do nich na tyle blisko, by móc przez lunetę wypatrzeć jak bardzo mogą być
niebezpieczni. Przebrani za trzy polarne zające schowaliśmy się w zaspie. Każdy z nas wyciągnął swoją kieszonkową lunetę. Z przyzwyczajenia je zawsze przy sobie nosiliśmy. Po dłuższej obserwacji, pierwszy odezwał się Nabuchodinozaur:
- I co? Jak myślicie?
- Spójrzcie na tamtego - wskazał palcem Fullight na stojącego przy ognisku żołnierza - chętny do walki.
- No żartujesz sobie - odrzekłem - przecież on jest zadowolony. Przypatrz się dobrze, zadowolony jak nic.
- Nie macie racji waszmościowie - dołączył Nabuchodinozaur - on pragnie zabijać wrogów, podobnie jak tamten leżący pod drzewem.
- Nie, nie - oceniłem fachowym okiem - ten leżący pod drzewem pragnie oddać życie za księcia.
- Po mojemu - Fullight podrapał się pod czapką z zajęczymi uszami po łysinie, bowiem włosów nie miał - to on chyba już oddał. Żołnierze pragnący oddać życie za księcia, nieco bardziej są ruchliwi. Wierzajcie, ja dwa razy w życiu takich szaleńców widziałem.
- Ech, dobra. Zerknijmy na uzbrojenie.
Znów unieśliśmy lunety.
- Tamten przy ognisku ma dwa patyki i paczkę lulków - miałem z nich wszystkich najbystrzejsze oko - tamta grupka po prawej garniec śliwowicy i trzy pary rękawiczek z niedźwiedziej skóry.
Nabuchodinozaur aż gwizdnął z podziwu.
- Tak, Dyskert zawsze był z technologią do przodu.
- Czterech przy krzakach ma pług dwuskibowy. Wysoki i łysy jak Rycerz Ortalionu trzyma maczugę i krowi łańcuch. Na co tylko mu ta kolczuga do kolan? Tych pod lasem grających na harfach nie liczę, a dowódca ma łuk kompozytowy.
Znowu gwizdnięcie, tym razem ze strony Fullighta.
- Zatem niedużo tego jak na setkę wojowników - podsumował Nabuchodinozaur odgarniając zajęcze ucho z czoła - jednak, mimo wyrównanych sił, możemy ponieść duże straty. Dlatego proponuję uciec się do fortelu, a mianowicie...
***
Spódnica trochę mnie uwierała. W sumie nie byłoby w tym nic strasznego, gdybym jeszcze tylko umiał chodzić w pantoflach na wysokim obcasie. Ale nie umiałem. Szedłem do obozu wroga przebrany za kwiaciarkę. Plan może nie był szczególnie błyskotliwy, ale nic lepszego nie wymyśliliśmy. Zbliżyłem się do obozu, tak by zauważyli mnie strażnicy.
- Ej, dobra kobieto! Czego ci potrzeba?
- Witaj młodzieńcze - zaświergotałem - nie chcesz aby kupić fiołków dla dziewczyny?
- Skąd u ciebie niewiasto fiołki o tej porze roku? Przecież jest luty.
- Eeee... To może chociaż kaktusa? - próbowałem ukryć moje zmieszanie. Żołnierz chyba zaczął coś podejrzewać, więc aby przerwać przedłużające się milczenie, zagadnąłem:
- Czy panicz pozwoli mi wejść do obozu?
- Obóz dla zwiedzających otwarty jest od 8 do 15! - huknął - Nie macie babo w domu klepsydry?
Facet nie wyglądał na bystrego, ale nie mogłem pozwolić sobie na zdemaskowanie. Zdjąłem kapelusz i trzymając go w obu rękach przykurczonych na piersi i spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem, jednocześnie próbując powiększyć źrenice do maksymalnych rozmiarów.
- Och, no dobra. Właź niewiasto.
Gdy przechodziłem koło niego, dał mi soczystego klapsa, rechocząc obleśnie. Najważniejsze, że byłem w obozie. Powoli zmierzchało, a dzielni wojownicy Dyskertu, zakutani w co który miał, udawali się na spoczynek. Każdy z nich, nie spodziewając się niebezpieczeństwa, zostawiał swoją broń gdzie popadło. Postanowiłem to wykorzystać. Skwapliwie zbierałem wszystko w podwiniętą spódnicę. Rękawiczki z niedźwiedziej skóry schowałem za stanik. Wtem do mych uszu dobiegł cichy śpiew i pobrzękiwanie harfy. Źródło dźwięków dobiegało zza pobliskich krzaków. Podszedłem bliżej. Przy tlącym się ognisku siedział osamotniony wojak, podśpiewujący przy harfie starą żołnierską balladę, która dziwnym zbiegiem okoliczności miała tę samą melodię co staroanglosaska pieśń ludowa "No woman, no cry":

Ya konechno ne geroy,
A urod liubovnik.
O ya bogat i znamenit,
No ne podpolkovnik.
Nuuuuuu gde zhe vy bliadiiiii...

- Przepraszam - przerwałem mu cicho - czy mógłby mi pan oddać harfę?
Żołnierz odwrócił się i zmierzył mnie surowym wzrokiem.
- Dlaczegóż to, kwiaciarko?
- Skąd wiesz, że jestem kwiaciarką? - odparłem zdziwiony, albowiem kosz z kwiatami już wcześniej wyrzuciłem.
- Poznałem po kapeluszu z kwiatową kompozycją "17 mgnień wiosny". Subtelne połączenie słonecznika z kokosami.
Po chwilowym zmieszaniu przypomniałem sobie po co tu przyszedłem.
- Czy mógłby mi pan oddać harfę? Chciałabym ją tylko potrzymać.
- A czy nie jesteś przypadkiem szpiegiem obcego księstwa, przebranym za kwiaciarkę, który podstępem wkradł się do obozu, po to by wykraść nam broń podczas snu i w ten sposób spowodować zagładę naszego oddziału, co bezpośrednio przyczyni się do upadku księstwa Dyskert? - powoli wycedził przez zęby, jednocześnie pochylając się w moją stronę, jakby chciał coś wyczytać z mojej twarzy. Wiedziałem, że od mojej odpowiedzi zależy los świata Anima Solidus, widziałem, że od najbliższej chwili zależy życie moje i moich kompanów. Dlatego zwlekałem z odpowiedzią, układając w głowie przemyślane zdanie, którym natychmiast omamiłbym żołnierza. Nie na darmo uczęszczałem kiedyś na lekcje retoryki, więc pełen skupienia i stanowczości, powoli, akcentując każdą samogłoskę, rzekłem:
- Nie.
- A to proszę - uśmiechnięty, z wyraźnym uczuciem ulgi wojak, oddał mi harfę - i tak miałem się kłaść spać. Już cisza nocna. Dobranoc kwiaciarko.
- Branoc, aspirancie - odrzekłem zerkając na jego pagony, przedstawiające dwie gwiazdki na "szaszłyku". Wojak znikł w mroku, a ja uginając się od pod ciężarem zdobycznego oręża, wymknąłem się z wrogiego obozu w kierunku miejsca gdzie obozowali Nabuchodinozaur z Fullightem.
- Gratulacje Piwożłopie - zaczął Fullight klepiąc mnie po plecach, gdy wróciłem do obozowiska i rzuciłem na ziemie stos dyskertańśkiej broni.
- Genialne Piwożłopie, genialne - Nabuchodinozaur potrząsał moją prawicą. Po udanej akcji, wszyscy położyliśmy się spać. Dopiero nad ranem, zbudził nas głośny okrzyk histerii, a potem odgłosy szlochania, dochodzące z obozu Dyskertu.

- I tak, drogie dzieci, unicestwiliśmy główne siły Dyskertu.
- Dziadku - czteroletni Radko wyglądał na zafrasowanego - ale ci żołnierze przecież jeszcze nie zginęli!
- Ano nie - stary pogładził się po brodzie - ale jak sam wiesz, Radoslavie Radoslavoviczu, żołnierz, który z jakichś względów pozbędzie się swojej broni, staje się bezużytecznym, sflaczałym fajtłapą.
- Wiem! - zakrzyknęła najstarsza, jedenastoletnia Aksinia - mama mi mówiła, że taki ktoś nazywa się wtedy impot...
- Aksinia! - przerwał nieco zaskoczony Piwożłop - a, mniejsza z tym. W każdym razie, żołnierze Dyskertu nie nadawali się już do niczego. Dobra dzieci, koniec na dzisiaj. Do domów, raz.
Dzieciaki z pewnym ociąganiem, wstały i rozeszły się w swoją stronę. Po chwili, siedzący wciąż Piwożłop, usłyszał kroki. Stary Bocian oparł się o drzewo.
- O czym dzisiaj było? - zapytał z pobłażaniem w oczach.
- Było przyjść i posłuchać. - mruknął Dziadek.
- O, się nie gniewaj - uśmiechnął się Bocian - tylko zawsze śmiać mi się chce jak widzę ciebie opowiadającego dzieciom bajki.
Chwilę obaj patrzyli na zachodzące słońce.
- Fullight istniał naprawdę?
- Fullight - Dziadek pogładził się po brodzie - był jednym z moich dowódców. Nie był władcą, był żołnierzem. Zresztą powinieneś pamiętać - roześmiał się Piwożłop, trącają Bociana łokciem. Tamten nie odpowiedział.
- Późno już. - Bocian się przeciągnął - Dobranoc Dziadku.
- Dobranoc. Ja też już pójdę.
I poszedł.

Wyszukiwarka:

Średnia ocena:
rewelacja, twórca geniuszem!.
(7 głosów)

Tylko gracze z opłaconym kontem mogą oceniać kroniki.

Księstwo: Dyskert

Inne kroniki tego księstwa: