Kronika: Dziadku! - cz. III

Przygotowane pod panowaniem władcy: Havelock Vetinari.

środa, 12. marca Anno Domini 1008

Księstwo: Dyskert

- Dziadku! Dziadku! - pod rozłożystym dębem, grupka dzieci otoczyła siedzącego na trawie starszego mężczyznę.
- Dziadku, obiecałeś dokończyć historię o zdobyciu Dyskertu!
- Wiem, wiem Ivo - Piwożłop, bo to on był powszechnie nazywany Dziadkiem, przygładził siwą brodę - dzisiaj opowiem wam o zdobyciu Ankh - Morpork.
- Dziadku, a skąd ta nazwa?
- O to należałoby spytać księcia Havelocka, Radko - odparł Piwożłop chichocząc - ale wiem, że Morpork to nazwa rzeki, nad którą leżała stolica Dyskertu.
- Dziadku, a czy to prawda, że po zdobyciu Ankh - Morpork, Dyskert nie miał już żadnych osad?
- To prawda, Sierioża. Mój świetnie wyszkolony wywiad doniósł mi, że tak właśnie było.
- Dziadku, a to prawda, że wszystkie złoża surowców w świecie były położone w jednym miejscu?
- Aksinia, tyle razy prosiłem byś nie słuchała co opowiada stary Babulija. On jest rajcą więc gadanie głupot ma niejako wpisane w zawód, ale to nie powód, by dawać wiarę w słowa Babulii. Nie było tak, że wszystkie złoża były w jednym miejscu. W kwadracie o boku 7 dni marszu piechura, były 3 złoża węgla, w tym dwa sąsiadujące ze sobą po skosie oraz 2 złoża rudy. Ponadto w bezpośredniej bliskości kwadratu złóż, znajdowały się jeszcze dwa dodatkowe złoża rudy. Zatem sami widzicie, że nie były to wszystkie surowce.
Ręka jednego z chłopców wystrzeliła do góry.
- No co tam, Bazylku?
- Dziadku, to tam musiały być same narody górnicze, prawda?
- Ano - stary przygładził brodę - gdybyś kogoś z tamtejszych władców spytał, czy jest górnikiem, stanowczo by zaprzeczył. Wychodziło na to, że na największych złożach w świecie siedzą sami rolnicy - dokończył puszczając oko.
- No, ale miałem wam coś dzisiaj opowiedzieć. Usiądźcie wygodnie i posłuchajcie o zdobyciu miasta Ankh - Morpork.
Piwożłop przygładził długą brodę.
- Zaczęło się od tego...

Zaczęło się od tego, że nie za bardzo wiedzieliśmy, jak się do sprawy zabrać. Numer z przebraniem się za worek trufli, albo kwiaciarkę odpadał, bo zarówno gadającego worka jak i kwiaciarki z kapeluszem "17 mgnień wiosny" szukali w Dyskercie wszyscy. Tu i ówdzie wisiały nawet listy gończe, że ten kto przywiedzie złoczyńców przed majestat Vetinariego, dostanie pół księstwa Babylonu i córkę Eycka von Oostenreede za żonę. Nie wiem czy to obietnica połowy Babylonu, czy też córki Eycka, sprawiła, że jednak nikt nie kwapił się do poszukiwań. Ale i tak woleliśmy nie ryzykować. Postanowiliśmy zdobyć Ankh - Morpork w boju, szturmem. Od kilku dni obozowaliśmy pod murami, a konkretnie w zarośniętym rowie po dawno wyschłej fosie. Każdego dnia obserwowaliśmy mury, w nadziei na dojrzenie uzbrojenia, morale i liczebności strażników. Jednak sprytni Dyskertańczycy ani myśleli nam się pokazywać, dlatego nie udało się uzyskać informacji niezbędnych do udanego szturmu. Zdecydowaliśmy jednak, że szturm musi odbyć się jak najprędzej, bez zbędnego czekania. Pierwszym kłopotem była brama. Z daleka widzieliśmy, że duże, solidne wrota zamknięte są na amen. Nawet ja wiedziałem, że bez tarana nam bramy nie sforsować. Zobowiązaliśmy Fullighta do zrobienia tarana, zaś ja z Nabuchodinozaurem opracowywaliśmy dokładny plan zdobycia Ankh - Morpork. Najwięcej czasu zajęło nam opracowanie spraw najważniejszych, czyli sposobu w jaki zniewoleni Morporczycy mają nam oddawać cześć, w jaki sposób podawać rękę sługom do pocałunku, czy jak prawidłowo akcentować wyrażenie "pięćdziesiąt batów", tak by samo w sobie sprawiało pojawienie się pręg na plecach skazanego.
- Ekhm - dywagacje przerwał nam Fullight - znalazłem odpowiedni pień na taran. Leżał ogryziony przez bobry.
- Świetnie. Zatem skoro mamy taran, szturm proponuję rozpocząć dziś przed zachodem. - zakomenderowałem.
Moi towarzysze na znak aprobaty, skinęli głowami.
- Najpierw staranujemy bramę, a potem... Potem, to się zobaczy. - dokończyłem.
Znów skinięcie głowami. Czas do szturmu upłynął szybko. Od momentu wzięcia taranu do rąk, wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Nabuchodinozaur z Fullightem chwycili taran po bokach, a ja chwyciłem go z tyłu. Ruszyliśmy. Rozpędziliśmy się do granic możliwości i z impetem uderzyliśmy we wrota, które o dziwo nie stawiły dużego oporu i pęd wyrzucił nas prosto na środek dziedzińca, który znajdował się bezpośrednio za bramą. Gdy tylko podnieśliśmy się i wydobyliśmy Nabuchodinozaura spod tarana, przyjęliśmy bojowe pozycje, oczekując na ewentualny atak mieszkańców. Z każdą chwilą w naszych sercach rodziło się coraz więcej wątpliwości. Wreszcie zdecydowałem, że stanie w pozycji sanchin - dachi, nie ma większego sensu.
- Gdzie oni są? Gdzie są oni? Gdzie są? - mruczał Fullight pod nosem - idę sprawdzę między tamtymi domami, we wschodniej dzielnicy.
- Dobra, my poszukamy tutaj.
- Piwożłopie - krzyknął Nabuchodinozaur, który przykucnął przy wyważonych wrotach - spójrz co było przyklejone do wrót od zewnątrz - i podał mi niewielki, zapisany pergamin. Rzuciłem okiem.

Miasto opuściliśmy. Wrota otwarte, nacisnąć tylko klamkę.
Pozdrowienia
Naczelnik Miasta Stołecznego Ankh - Morpork
Svetozar Marović
(dopisek koślawym pismem: "to lamus")

Popatrzyłem na Nabuchodinozaura.
- To kim będziemy poniewierać? - zapytałem ze łzami w oczach - Kogo będziemy posyłać na szafot? Nie no, takich rzeczy się nie robi!
Nabuchodinozaur siedział zasmucony. Po dłuższej chwili, cicho mruknął coś o poszukaniu Fullighta. Szliśmy ulicami pustego Ankh - Morpork, które wyglądało tak, jak gdyby dosłownie przed chwilą ludzie je opuścili. Tu i ówdzie pranie wisiało na sznurkach, przez okna było widać niedojedzoną kolację na stole, przed domami porozrzucane narzędzia gospodarskie. Fullighta spotkaliśmy na moście nad kryształowo czystą rzeką Morpork.
- No pochowali się gdzieś łapserdaki! - zaczął Fullight - ale znajdziemy ich jeszcze. Coście tacy skwaszeni?
Podałem mu kartkę. Fullight przeleciał ją oczami i o dziwo nie posmutniał. Wręcz przeciwnie przyglądał się kartce z zainteresowaniem.
- Aj, zapomniałem, że nie umiesz czytać.
I przeczytałem mu smutną wiadomość. Fullight nie dowierzał, nerwowo patrzył to na mnie, to na Nabuchodinozaura. Po chwili, chyba odruchowo, podniósł ręce do głowy, by w geście rozpaczy wyrwać trochę włosów, ale gdy miast bujnej sierści wymacał wypolerowane lodowisko, natychmiast je opuścił. Dłuższą chwilę staliśmy na moście, wpatrując się w odmęty Morpork. Fullight trącił mnie łokciem i wskazał głową na nieduży budynek stojący nad rzeką. To co szczególnie mnie w nim zainteresowało, to szyld jaki majtał się nad drzwiami. Duży antał miodu, a nad nim napis "Tawerna dnia wczorajszego. Weltmeister & synowie". Smutni, wlokąc nogę za nogą, weszliśmy do gospody. Fullight natychmiast znalazł beczułkę wina, którą zresztą od razu odszpuntował. Stanął za szynkwasem, tuż pod napisem "Nietrzeźwym dzieciom alkoholu nie sprzedajemy" i zaczął nalewać trunek do wysokich kielichów.
- Za Milkland! - zakrzyknąłem.
- Za Milkland! - odpowiedziały mi chrapliwie gardła towarzyszy.
Wiem, że tego wieczora opracowaliśmy w najdrobniejszych szczegółach plan podbicia całego świata, przewidując wszystkie zdrady, wrogie knowania, wyczerpanie złóż surowców, czy spadek wartości talara. Ino problem w tym, że świadomość opracowania takiego planu, była jedyną rzeczą, którą z tego wieczora została nam w pamięci.

Dzieci słuchały z otwartymi ustami. Mały Ivo spał na trawie. Dziadek przygładził siwą brodę i głęboko westchnął.
- Dziadku!
- No co tam, Sierioża?
- To wobec tego gdzie byli mieszkańcy Ankh - Morpork, skoro w Ankh - Morpork ich nie było?
- Opuścili miasto, jeszcze zanim przybyliśmy. Nie chcieli widocznie wpaść w nasze ręce. Chodziły plotki, że udali się na wschód, ale kto ich tam wie. Grunt, że stolica była nasza. Tak skończył Dyskert.
- Dziadku! - Maika aż wstała z emocji - a co stało się z księciem Havelockiem?
- Ano, tego dokładnie nie wie nikt. W Ankh - Morpork go nie było. Nikt z pytanych przez nas ludzi nie wiedział gdzie może się ukrywać Havelock. Krążyły plotki, że uciekł, że popełnił samobójstwo, że przystał do wędrownych trubadurów grając na akordeonie. Jednak od tamtego czasu nikt wiarygodny go tak naprawdę nie widział. W sumie mało interesowałem się losem księcia Havelocka. Miałem jego księstwo w garści i to mi wystarczało.
- Dziadku, bardzo łatwo ci poszło z pokonaniem Dyskertu - skonkludował Radko.
- Ano, widzicie dzieci, podstawą zawsze jest zaufanie - Piwożłop uśmiechnął się ciepło.
- Dziadku, spójrz! Pan Bocian idzie!
- O, jakoś mnie to nie dziwi. Dzieciaki, na was to już chyba pora.
Mamrocząc pod nosami "do zobaczenia" i "branoc" dzieci rozeszły się. Bocian zdążył dokuśtykać do wciąż siedzącego pod drzewem Piwożłopa.
- O czym dzisiaj, Dziadku? - z pobłażaniem w oczach zapytał Bocian - słyszałem, że nie powiedziałeś im co się stało z księciem Havelockiem.
- Dzieciaki zaraz by opowiedziały dorosłym, a wtedy mogłoby się to dla mnie źle skończyć. Ty zresztą też jakoś nikomu nie mówisz co się stało z księciem Dyskertu - uśmiechnął się łobuzersko - mogłaby być to ciekawa opowieść. W końcu grobu Havelocka nikt nie widział, więc teoretycznie książę może żyć.
Piwożłop uśmiechnął się jeszcze szerzej czekając na reakcję Bociana.
- Skąd wiesz, że grobu nikt nie widział? Chyba twój zwiad ci o tym doniósł, bo ta informacja jest tak samo prawdziwa jak to, że Dyskert nie miał więcej osad po zdobyciu przez ciebie Ankh - Morpork - Bocian zachichotał - Havelock oficjalnie został pochowany w Fornost. I grób jest, tylko że pusty. Takie dziwne poczucie humoru.
- Gdzie jest Fornost?
- Wiesz Piwożłopie, chyba już za stary jestem, żeby takie rzeczy pamiętać - opowiedział chichocząc.
- No, na mnie już czas. - dokończył wciąż się uśmiechając.
Obaj uścisnęli sobie ręce.
- Dobranoc Piwożłopie.
- Dobranoc Havelocku.

Wyszukiwarka:

Średnia ocena:
rewelacja, twórca geniuszem!.
(8 głosów)

Tylko gracze z opłaconym kontem mogą oceniać kroniki.

Księstwo: Dyskert

Inne kroniki tego księstwa: