Kronika: Dziennik hrabiego Troccero- VIII

Przygotowane pod panowaniem władcy: Conan Cymmeryjczyk.

czwartek, 12. lipca Anno Domini 1007

Księstwo: Aquilonia

Przeraźliwy turkot wozu dał się słyszeć z tyłu Twierdzy Ventorów. Paru moich ludzi pobiegło zobaczyć, kto taki hałas czyni. Okazało się, że to poddany Fulko Czarnego, trzaskając biczem, na złamanie karku swym wozem ucieka. Kręte ścieżki górskie nie miały dla niego tajemnic i niemożebnym okazało się schwytanie go. W ostatniej chwili bohaterowi temu udało się coś do Twierdzy przywieźć, zanim jeszcze kleszcze oblężenia całkowicie się nie zamknęły. Co wiózł ów człowiek? Mieliśmy się wkrótce przekonać.
Książe Ven powołał pod broń część osadników, trudniących się do tej pory wytopem stali. Wszystkich ich uzbroił w łuki, połączył w jeden oddział z widzianym przez nasz wcześniej garnizonem i zaatakował. Czyli koalicjant Vena przyszedł temu z pomocą i łuki dostarczył. Najwyraźniej w grodzie nie było żywności i nie był on przygotowany na dłuższe oblężenie. Ven zamierzał aktywnie bronić swych włości. Było więc nas, przeciwników, stu na stu. Moi żołnierze bardziej doświadczeni byli i wytrenowani, Venowi zaś mieli kolczugi, których wytrzymałości się obawiałem.
- Panie, pozwól, że wezmę regiment gunderski i pobiegniemy na przód, przydusić Ventorów naszymi włóczniami.
To Salomoner Wielgachny, młody porucznik, zwany tak przez swą posturę, którą niemal samemu Conanowi dorównywał, na ochotnika do samobójczego szturmu się zgłosił. Zgodziłem się. Obrońcy słabiej uzbrojeni od nas byli w broń drzewcową i to mogło przechylić szalę na naszą stronę. Wydzieliłem regiment gunderski przeznaczony do walki wręcz, reszta zaś żołnierzy osłaniać strzałami ich miała, a potem, gdy ci zwiążą już nieprzyjaciół, również do walki pobiec.
Poszczególne regimenty, i nasze, i obce, stanowiska poczęły zajmować. W górach strzały niosą lepiej niż na równinach, dlatego z żalem patrzyłem na dzielnych gunderczyków, którzy dystans dzielący obie armie musieli przebiec, osłaniani tylko przez skórzane pancerze.
Nie masz, jak wiadomo, nad Gundera lepszego włócznika. Bałem się jednak, czy walcząc z przeważającym liczebnie wrogiem, wytrwają oni wystarczająco długo, bym sam, z resztą wojaków, do ręcznej walki się przyłączył. Salomoner sprawdzał swój regiment, zagrzewając do walki i dodając ducha tym żółtodziobom, dla których bitwa chrztem bojowym być miała. Chrztem jakże morderczym.
Ale cóż to? Reszta mieszkańców Twierdzy nagle również poczęła z grodu wychodzić. Bez żadnego uzbrojenia, gołymi rękami walczyć chcieli w obronie swego miasta. Błąd! Błąd książę Ven popełnił, a ja musiałem to wykorzystać! Bo cóż będą robić ci dzielni, lecz pół nadzy chłopi? Na pewno też będą chcieli nas walką ręczną związać. W takim razie zmiana rozkazów!
- Włócznie wbić w ziemię! Łuki w garść! - krzyknąłem gromko, a Wintaraler rozkaz mój powtórzył. Skoro oni na nas biec będą - my poczekamy...
Tak się też stało. Wybuchła bitwa. Pierwsze salwy poszły w niebo, by spaść śmiercionośnym deszczem, i na nas, i na wrogów naszych. Straszliwym kaprysem losu w naszych szeregach padł Salomoner Wielgachny. Jeszcze niedawno myślał, że pewna śmierć go ominęła, skoro na spotkanie wrogów biec nie musi, a chwilę później dobrze wymierzona strzała w krtań go ugodziła, kończąc w ten sposób jego życie... Salut dla Niego.
Moi łucznicy zebrali trochę większe śmiercionośne żniwo niż venowi, ale jako że Ci mieli znaczną liczebną przewagę (było ich aż 160), stosunek sił zaczął niepomyślnie się dla nas układać. Szczęściem moi doświadczeni żołnierze nie zwracali uwagi na poległych swych braci. Z kunsztem, który przez długi miesiące ćwiczyli, posłali następną salwę pierzastych nosicieli śmierci. Ludzie zaś Vena jakby zachwiali się nieco, i wiele strzał, które posłali, nie dosięgło celu.
W tym momencie dobiegła ława szturmujących i doszło do bliskiej walki oko w oko, tors w tors. My mieliśmy włócznie, oni zaś gołe pięści, za wyjątkiem regimentu Legion, który konno nas szarżował. I włócznie nasze zabrały straszliwe żniwo. Większość powołanych chłopów padła trupem, a ich krew spłynęła do stojących pod twierdzą łuczników. Ci, którzy nie padli, poddali się, błagając o darowanie życia. Wśród stojących z tyłu łuczników venowych również zamieszanie wybuchło. To górnicy, w łuki uzbrojeni przez gońca frankońskiego, walki zaprzestali. Śmierć i niewola ich braci - chłopów, złamała ich tak, że przypomnieli sobie, iż do walki nie każdy jest stworzony.Między naszymi liniami ostał się jeno regiment Legion, z twardych zawodowców złożony. Konni, w kolczugach, z włóczniami, nie poddali się i raz za razem, pchnięcie za pchnięciem, bili śmiertelnie naszych braci. Zbyt mało ich jednak było, by trwale nam zaszkodzić, i w końcu, jeden po drugim, padli na skały. Znów ostrzał się rozpoczął z łuków, ale nasi łucznicy w tym momencie pokazali swą prawdziwą wartość. Niewielkie szkody nasze strzały robił kolczugom, niektóre jednak przebijały się przez żelazne ogniwa i widzieliśmy jak na dłoni, że Ventorowie nie chcą już walczyć. Ich strzały zaś, mimo że przebijały się łatwiej przez skórzane pancerze, nie robiły wrażenia na reszcie. Nawet śmierć kapitana Wintalarera Szarego, który padając zdążył jeszcze strzałę ostatnią wysłać, nie zachwiała szyku regimentów Armii Północ. Lekko rozstawione nogi, zmęczone ramiona i błyszczące oczy patrzące bezlitośnie i pewnie na górali, którzy w swych kolczugach chwiali się już ze zmęczenia.
Straszny musieliśmy stanowić widok. Tak straszny, że w końcu poddali się Ventorowie, doświadczeni wojownicy, niejedno już przecież widzący w swym życiu. Poddała się ta resztka, co żyła jeszcze, padła na twarz, bez słowa o miłosierdzie prosząc.
My zaś staliśmy chwilę, a bitwa z nas uchodziła. Zaczęły pojawiać się myśli o poległych braciach. Temu zginął przyjaciel najlepszy, temu bliski kuzyn, razem z nim chowany, temu przyszły szwagier, który tak piękną miał siostrę... Armia Północ zwyciężyła bitwę. Ci którzy młokosami byli - rozstali się z niewinnością; weteranom zaś kolejne karby na broni miały się ujawnić. Należało odłożyć łuki i zakuć niewolnych. Należało liczyć na to, że zwycięstwo nie pójdzie na marne i śmierć towarzyszy nadaremną nie będzie. Należało zająć Twierdzę Ventorów, gdzie żelazo w swych szarych sztabach kolejne bitwy niesie.

Wyszukiwarka:

Średnia ocena:
pasjonująca, znakomita.
(6 głosów)

Tylko gracze z opłaconym kontem mogą oceniać kroniki.

Księstwo: Aquilonia

Inne kroniki tego księstwa: