Kronika: Jak Łukasz Kniaziewicz opuścił swój lud
Przygotowane pod panowaniem władcy: Lukasz Kniaziewicz.
czwartek, 21. grudnia Anno Domini 1006
Księstwo: Chmielanie
Wesoło płynęły dni w górskiej stolicy Chmielan, a noce jeszcze weselej. Wszyscy, od władcy po stajennego, nade wszystko cenili spędzanie czasu na ucztach, chodzenie spać tuż przed świtem, budzenie się w różnych dziwnych miejscach i tym podobne niewinne rozrywki. Niejeden przysięgał sobie (szczególnie gdy następnego dnia podczas pracy dokuczał mu ból głowy) że nigdy więcej nie tknie miodu, piwa ani gorzałki, lecz że przysięgi takie były ścigane przez księcia i karane zamknięciem w ciemnicy o chlebie i wodzie, szybko zapominano o obietnicach i wieczorem sytuacja się powtarzała.
Pewnego poranka, gdy wszyscy leniwie udawali się na miejsce swych codziennych zajęć, ze zdziwieniem zauważyli brak Łukasza Kniaziewicza na szczycie wieży obserwacyjnej. Książę codziennie rano, niezależnie od stanu w jakim był, nie bacząc na to że ryzykuje upadek ze stromej drabiny i skręcenie karku, wdrapywał się na górę i oglądał okoliczny teren. Wypatrywał czy w okolicy nie kręcą się jacyś wrogowie, czy lawina skalna nie osunęła się na jakiś szlak, czy kupcy wiozący nową dostawę trunków już się zbliżają. Gdy zachodził ten ostatni przypadek, nie bacząc na powagę jaką książę cechować się powinien, oznajmiał radosną nowinę gromkim głosem, aż trzęsły się drzewa, a mieszkańcom (był wszak poranek - czas w którym wszystkich dręczyła plaga niewytłumaczalnych bólów głowy) łeb pękał.
Wszyscy uznali, że książę ma swoje prawa, i jeśli szczególnie dobrze bawił się w nocy, to może wstać dopiero po południu - w końcu coś musi go odróżniać od poddanych. Jednak gdy sytuacja powtarzała się przez kilka dni, a - co gorsza - Łukasz Kniaziewicz nie pokazywał się na wieczornych ucztach, mieszkańcy zaczęli się martwić. Tym bardziej zmartwili się, gdy do osady przybył smutny, starszy człowiek, niosący dużą czarną torbę, od którego czuć było trochę jakby gorzelnią, ale mimo tych skojarzeń zapach był wybitnie nieprzyjemny. Osobnik ten wszedł do pałacu i siedział tam dłuższy czas. W momencie, gdy wierni poddani już chcieli wyłamać drzwi i biec ratować swego władcę (bo przecież zadawanie się z lekarzami jeszcze nigdy nie pomogło żadnemu uczciwemu człowiekowi, a wielu zaszkodziło), pobladły książę stanął na progu, podtrzymywany przez przybysza, i odezwał się słabym głosem.
- Wierni moi poddani. Rządziłem wami jak umiałem najlepiej, myślę że byliście z mojej władzy zadowoleni, ale wszystko ma kiedyś swój koniec. Ciężki jest los księcia - dyshonorem było dla mnie odejść od stołu nie jako ostatni, teraz przyszło mi płacić tego skutki. Zapadłem na ciężką i tajemniczą chorobę, której nazwy nawet nie umiem wymówić, i muszę udać się do dalekiego kraju Eer-land, gdzie zostanę wyleczony i, gdy tylko się to stanie, wrócę do was, gdyż tu jest moja ojczyzna, a najlepiej pije się ze swoimi. Na czas mojej nieobecności władzę w osadzie powierzam tu obecnemu Brzetysławowi, gdyż jest to dzielny człowiek, który potrafi duszkiem wychylić garniec gorzałki, a ma też wiele innych zalet, których tu nie wymienię, gdyż muszę wnet wyruszać.
Tego samego dnia dzielny Łukasz Kniaziewicz wyruszył w daleką drogę, nie wiedząc czy i kiedy powróci. Brzetysław wydał zaś pierwsze zarządzenie: ogłosił że od tego dnia odejście od stołu gdy ktokolwiek jeszcze tam siedzi nie jest dla księcia dyshonorem.
Średnia ocena:
ciekawa i zajmująca.
(11 głosów)
Tylko gracze z opłaconym kontem mogą oceniać kroniki.
Księstwo: Chmielanie
Inne kroniki tego księstwa:
