herb księstwa Zakon Mroku

Kronika: Zbrodnia i Kara

Przygotowane pod panowaniem władcy: Belgarath Mroczny.

wtorek, 7. lipca Anno Domini 1009

Księstwo: Zakon Mroku

Dziś dnia 3, szóstego miesiąca roku Pańskiego , wrogie nam oddziały z Księstwa Lechitów zaatakowały nasz południowy patrol graniczny odkrywający nowe tereny. Powiadam wam ludzie, zbrodnia, oj zbrodnia to jest, ale znając księcia naszego (niech wiatr Mu zawsze w plecy wieje i słońce oświetla przed Nim drogę), będzie też i kara. Ale po kolei...

Dwa dni temu nawiązano kontakt wzrokowy z oddziałami księstwa Lechitów, o którym nic nie wiadomo poza tym kto nim włada. Nie wiadomo ani gdzie się znajduje, ani jaki władca w nim włada, nie ma informacji na słupach granicznych ani nawet słupów granicznych. Skoro więc władca nie dba o to aby umieścić takowe informacje o swoim dobytku, nasi żołnierze pod wodzą Maramonta postanowili udać się dalej nikomu nie wadząc. Jednakże w drugim dniu przemarszu gdy z daleka widzieli wieże pobliskiego miasta zostali podstępnie zaatakowani. Powiadam wam ludzie podstępnie, gdyż rzecz działa się w czasie gdy szykowali obóz i słońce już za horyzont się chowało a księżyc już zza chmur wychodził. Jednakże zaprawieni w bojach żołnierze nie zlękli się przewagi wroga, bo było ich tylu że na każdego 2 ich przypadało było albo nawet więcej. Wierzyli bowiem, że oddział wozów transportowych, który miał dostarczyć broń i zapasy żywności a także trochę świeżego rekruta podążający za nimi zdąży przybyć z samego rana i bez popasu przyłączyć się wszystkimi siłami do bitwy.

Tak też się nazajutrz stało, spotkali się na jednym polu. Zaprawiona piechota przeciwko wrogiej armii składającej się po połowie z piechurów i konnicy. I tylko tej należało się tak naprawdę obawiać, bowiem piechurzy raczej chłopa od pługa przypominała niż żołnierza, i mimo dwukrotnej przewagi w ludziach nie przedstawiała dużej, ani nawet małej, wartości bojowej. Stanowiła tylko dodatek mający ilością przestraszyć potencjalnych wrogów. Dowódcy oddziałów pod rozkazami Maramonta jednak nie dali się zwieść. Marnie uzbrojone, opłacane i wytrenowane wojsko nie będzie stanowić żadnego zagrożenia dla naszych weteranów i wynik bitwy już jest przesądzony. Jednakże może się zdarzyć, że w tej bitwie Matka Kostucha zabierze wiernych jej druhów, który już wielu wysłali w jej objęcia.

Natenczas jam tam byłem i wszystko widziałem i teraz wam opowiem.

Naprzeciw siebie stanęli. Nasi ludzie, których wobec wroga wydawała się garstka. Stali w ciszy, nic nie mówiąc, tylko różne myśli kłębiły się w głowie. Ale wiedzieli, że dziś wieczorem będą świętować zwycięstwo. Popatrzyli po sobie, po najbliższych towarzyszach, ostatnie słowa przekazali, te skierowane do najbliższych, tych którzy zostali w domach. To na wypadek gdyby Matka Kostucha powołała ich do siebie. Wiedzieli że nawet wtedy ich rodzinom niczego nie zabraknie, bo książę (niech wiatr Mu zawsze w plecy wieje i słońce oświetla przed Nim drogę), zatroszczy się o nich. Dlatego z radością w sercach poszli w bój, nie zważając na strzały spadające z nieba.

Tak, tak, musicie wiedzieć, że zaczęło się od łuczników. Oni najpierw napięli cięciwy i posłali morze strzał na wroga. Ale i wróg zrobił to samo. W pierwszej salwie padło wielu wrogów, siejąc zamęt i strach w ich szeregach. Nasi wojownicy osłaniali się tarczami i strzały nie czyniły im żadnej szkody. Druga salwa była tak samo skuteczna jak pierwsza, wróg szedł w rozsypkę żeby trudniej go było trafić ale nasi strzelcy mieli wprawne oko i strzały dosięgały wrogów. Wódz nasz nakazał natomiast stać jak najbliżej siebie. Pomyślicie pewnie że to samobójstwo, bo wtedy łatwiej można w taką masę trafić. Oczywiście że tak, ale żołnierze mając tarcze osłaniali się wzajemnie tworząc coś na kształt muru z tarcz i dzięki temu tylko trzech żołnierzy zostało lekko rannych od strzał.

W tym czasie piechota zwarła się z kawalerią, dużo ich było psubratów, ze czterdziestu albo i trochę więcej, ale i na to wódz nasz Maramont znalazł sposób, bowiem kazał przygotować długie piki, które piechurzy nastawili tuż przed atakiem. Jeźdźcy i konie ginęli na drzewcach, a ci którzy przeszli dalej dobijani byli toporami. Łucznicy porzuciwszy łuki podążyli w kłębowisko wspomóc swych towarzyszy, bo zaraz za jazdą nadciągała piechota.

Musicie jeszcze wiedzieć, że słychać było tylko rżenie umierających koni, szczęk metalu i jęki konających. Do tej pory bitwa odbywała się bez żadnego okrzyku czy rozkazu. Wszyscy doskonale wiedzieli co maja robić, rozkazy wydane wcześniej realizowane były z zabójczą doskonałością. Wróg ginął jak łany zboża cięte przez kosiarza w żniwa. Jednak i z naszej strony ginęli ludzie. Co chwila widać było jak któryś się osuwa na ziemię lub pada na kolana zbroczony krwią. Ale widać było radość na ich twarzach, zabierali ze sobą w objęcia Matki Kostuchy wielu wrogów. Pod ich nogami wrogi trup bowiem leżał gęsto.

Teraz na znak dany chorągwią ze wszystkich gardeł z całą mocą wydarł się przerażający okrzyk. Okrzyk wydany w starożytnym języku o którym ludzie powiadają, że z czarną magią był związany. Okrzyku tego nauczył swych dowódców ponoć sam książę (niech wiatr Mu zawsze w plecy wieje i słońce oświetla przed Nim drogę), który według opowiadań za młodu zaginął w jaskiniach Mrocznych Gór. Kiedy wyszedł stamtąd po wielu dniach jego oczy nie były już takie jak dawniej. Czarne jak węgiel i zasnute mglą jakby książę (niech wiatr Mu zawsze w plecy wieje i słońce oświetla przed Nim drogę) był tutaj i jednocześnie gdzieś daleko. Po wielu dniach jednak wrócił do zdrowia i był taki jak dawniej, tylko oczy pozostały czarne.

Wrogowie usłyszawszy okrzyk i zobaczywszy, że w żołnierzy naszych jakby wstąpiły nowe siły strach straszliwy obleciał, nawet mnie który stałem z boku i na to patrzyłem ciarki po plecach przeszły. Nasi zerwali się do szturmu na pozycje wroga nie zważając na przewagę i krwawiące rany. Wiedzieli już, że wróg się nie podniesie, sparaliżowany strachem i fetorem śmierci jaki rozszedł się dookoła.

Wielu z nich rzucało broń, wielu próbowało uciekać, jeśli wcześniej nie padli na ziemię, ginęli. Wrogi wódz, ten który wydał rozkaz ataku ufny w swą przewagę liczebną widząc co się dzieje czmychnął jak królik w zarośla wraz z kilkunastoma zaufanymi, nie biorąc nawet udziału w walce.

Wtedy wódz nasz, waleczny Maramont, którego odróżnić od reszty żołnierzy można było jedynie po szarży na lewym ramieniu wydał rozkaz opuszczenia broni. Po stepie rozległy się cztery okrzyki: pierwszy na cześć zwycięstwa, drugi na cześć Maramonta, trzeci na chwałę księcia (niech wiatr Mu zawsze w plecy wieje i słońce oświetla przed Nim drogę) i czwarty, wydany razem z salutem bronią, na cześć poległych i dobrej ich drogi razem z Matką Kostuchą.

Wtedy cyrulicy szybko przystąpili do opatrywania rannych, jeden z nich rzucił się do Maramonta aby opatrzyć mu zranione ramię, Ten jednak go odtrącił i kazał zająć się ciężko rannymi i nieprzytomnymi. Ci którzy nie ucierpieli w boju pomagali szukać ocalałych i opatrywać im rany, nie patrząc przy tym na to, że dziś rano z niektórymi stali naprzeciw siebie. Odnaleźli czternastu żywych ale tylko siedmiu przeżyło w tym aż pięciu Lechitów. Reszta nie doczekała północy z powodu zbyt dużej utraty krwi i licznych obrażeń.
Jeszcze przed zachodem słońca Maramont kazał szybko wystawić drużynę pościgową za wrogiem tak aby go wytropić i dopaść jeszcze zanim na dobre się skryje i będzie mógł uciec.
Potem nakazał pozbierać po poległych broń, sporządzić dół w którym ułożono ciała w pozycji siedzącej z twarzą skierowaną w kierunku Mrocznych Gór a było ich dwudziestu i trzech. Siedzieli blisko siebie, w jednym rzędzie niezależnie od pochodzenia i rangi. Dowódcy oddziałów razem z prostymi żołnierzami. Następnie ułożono nad dołem stos z gałęzi i przysypano ziemią, a na wierzch położono kamienie. Maramont kazał również sporządzić listę imion poległych aby pamięć o ich bohaterstwie nie zaginęła i aby ich rodziny mogły się cieszyć uznaniem księcia (niech wiatr Mu zawsze w plecy wieje i słońce oświetla przed Nim drogę). Potem nakazano pogrzebać Lechitów, wykopano wspólny grób, ułożono ciała i przysypano ziemią coby hieny stepowe i inne szakale nie rozwlekło ciał po stepie.

W tym samym czasie Maramont zawezwawszy Durumonta, nakazał zebrać grupę najwytrwalszych żołnierzy w sile 50 woja do szukania zbiegów zanim zdołają czmychnąć i w stepowych zaroślach się zaszyć lub do lasu uciec. Gdy wydawał po cichu rozkazy Durumontowi, ten nagle odskoczywszy na głos zapytał: "Żadnego?". Gdy usłyszałem był ja stanowczą odpowiedź Maramonta: "Żadnego!" wiedziałem, że nikt żywy przyprowadzony nie będzie. Bowiem ze wszystkich cnót Maramont na pierwszym miejscu honor stawiał i tchórzostwem w walce się brzydził. A ci których osądził nie byli traktowani lepiej od psa czy pomywacza stajennego.

Wszystko to zakończyło się jeszcze przed świtem bo wraz ze wschodem słońca Maramont nakazał marsz na wschód i okrężnym szlakiem, łagodniejszym dla rannych powrót do domu, a ja pisarz polowy Anonimus Skrybus spisałem to wszystko abyście wiedzieli, że za każdą zbrodnią kryje się kara.

PS. Gdy te listy, opisujące całe to zdarzenie dotrą do stolicy, przekazać natychmiast głównemu bibliotekarzowi coby wpis w księgach uczyniwszy na placu głównym odczytać dla ludzi kazał.

AS

Wyszukiwarka:

Średnia ocena:
ciekawa i zajmująca.
(8 głosów)

Tylko gracze z opłaconym kontem mogą oceniać kroniki.

Księstwo: Zakon Mroku

Inne kroniki tego księstwa: